czwartek, 5 października 2017

Rozdział XIX

Rozdział XIX

Carter


Niekończący się korytarz.

Szliśmy z Sadie ostrożnie, z przeczuciem, że zaraz jakiś potwór skoczy nam na twarze. Jednak nic takiego się nie stało. Szliśmy godzinami, prostą drogą. W końcu, na suficie przestały pojawiać się wiszące, zamontowane przez odkrywców którzy tu byli żarówki, a mnie i moją siostrę pochłonęła całkowita ciemność. Dalej drogę oświetlaliśmy sobie latarką.

Nie ważne, jak daleko szliśmy, widzieliśmy tylko wilgotne, kamienne ściany. Jedynym dźwiękiem, jaki docierał do moich uszu było echo naszych kroków. Nie było tutaj żadnych pajęczyn. Jakaś dziwna, niewidzialna siła kazała nam zachować ciszę. Niczym na cmentarzu, albo w grobowcu.

Jednak Sadie, jak na nią przystało, w końcu się odezwała.

- Strasznie tu cicho - szepnęła. Nawet na niej działała ta dziwna, przytłaczająca aura. Gdyby nie ona, zamiast szeptać, Sadie prawdopodobnie by krzyczała, nasłuchując własnego echa. - Czego my w ogóle szukamy?

Jej słowa odbiły się od ścian, rozbrzmiewając nienaturalnie głośnym echem, przypominającym raczej syk, niż szept. Zaniepokoił mnie ten dźwięk. Odpowiedziałem jednak. Po co się bać Echa?

- Nie umiem powiedzieć - odparłem, również cicho. - Skoro nazywają go "Pytonem", to pewnie jakiś potwór wyglądający jak ogromny wąż.

Echo nadal nam towarzyszyło, ale zacząłem się rozluźniać. Żaden potwór nas chyba nie usłyszał.

- Powinniśmy się inaczej podzielić - stwierdziłem po chwili. - Po jednym greckim półbogu w grupie. Wtedy każdy miałby przewodnika, który wiedziałby, czego szukać i co robić.

 - Przynajmniej gołąbeczki pobędą sam-na-sam.

- Na sam! - odpowiedziało Echo.

Brzmiało to jak błaganie o pomoc.

- Masz na myśli Alice i Nico?

- Nico?

- Nie tylko. odparła Sadie. Nie czujesz się czasami jak piąte koło u wozu? Ta dwójka niesamowicie się do sobie klei, aż dziwne, że jeszcze nie są razem.

- Razem...

- Znając życie, Amane i Alabaster też się zejdą - kontynuowała Sadie. - A my co? Rodzeństwo. Chciałabym mieć tu Anubisa.

- Anubisa??? - tym razem Echo zdawało się zadawać pytanie.

- Czyli co, nie chcesz być ze swoim bratem? - powiedziałem, teraz już normalnym głosem.

- Bratem!

- Przecież sam powiedziałeś że...

- Powiedziałeś, że!

- Stop! - przerwałem jej.

- STOP!

Rozejrzałem się na wszystkie strony, jednak nigdzie nie mogłem zobaczyć osoby... nie, dziewczyny, którą dotąd uważałem za zwykłe Echo.

 - O co chodzi?

 - O co chodzi!

Podszedłem do siostry i wyszeptałem jej do ucha:

- Ktoś tu jest.

Bezgłośnie poruszyła ustami w odpowiedzi. Wygląda na to, że zadziałała tajemnicza moc rzekomo pozwalająca rodzeństwu czytać w myślach. Mówiła ona "Jesteś pewien".

- Myślę, że w którejś z mitologii... Jest istota, która jest Echem. Powtarza nasze słowa nienaturalnie głośno i dzięki temu ktoś słyszy naszą rozmowę, a my uważamy to za niegroźne echo - powiedziałem. - Nieważne, myślałem, że za nami coś było. - dodałem głośniej, tonem takim, jakim rozmawialiśmy wcześniej.

- Ty, to możliwe... - znowu odparła, najciszej jak umiała. Ponownie musiałem czytać z ruchu jej ust - Pewnie ukrywają się za jakąś iluzją. - skinąłem. - Jestem głodna, wezmę kanapkę.

Nieśpiesznym ruchem, nadal idąc, wezwała z Duat swoją różdżkę. Zaczęła recytować zaklęcie zdjęcia iluzji, którego nie tak dawno się nauczyła.

W pewnej części korytarza zniknęła kamienna ściana, tworząc rozwidlenie dróg. Z nowo odkrytej drogi dochodziło mdławe światło.

- Kończ jeść, idziemy dalej. - powiedziałem i przyspieszyłem kroku.

Zbliżaliśmy się do miejsca, w którym ktoś, coś się ukrywało. Nagle, wyskoczyło na nas czterech napastników.

Dwóch z nich prawdopodobnie pochodziło z Grecji. Z opisów Nica, Alabastera i Alice mogę stwierdzić, że to... Techlinowie? Pozostałą dwójką były egipskie demony. Jeden z Tasakiem do mięsa, drugi z piłą tarczową zamiast głowy.

Przyzwałem swój Chepesz i zacząłem bójkę z Techlinami, podobnie jak ja posiadającymi broń białą. Kątem oka widziałem Sadie walczącą z demonami.

Uniknąłem ciosu jednego z potwórów, wykonałem cięcie i zmieniłem go w pył. Drugi próbował mnie zaatakować, ale z pomocą Chepesza wyrwałem mu broń z ręki. Chciałem go dobić gdy...

- Carter!

Poczułem wirujące ostrza rozrywające mi ramię.

Niesamowity ból sparaliżował mnie. Usłyszałem huk, kiedy odpowiedzialny za to demon został zabity zaklęciem, jednak zdawał się on dochodzić z bardzo daleka. Zacisnąłem zęby, starając się nie krzyknąć. Łzy naleciały mi do oczu.

Sadie podniosła upuszczoną przeze mnie broń i w furii zabiła ostatniego Techlina. Następnie podbiegła do mnie, z wilgotnymi oczami.

- Carter! Bracie przepraszam, nie obroniłam cię ja...

- Dobrze! - syknąłem. - Po prostu... zrób coś...

- Zrób coś!

Oboje spojrzeliśmy w stronę, z której dochodził głos. Przez chwilkę, nie wiedziałem, na kogo patrzę. Mogłem jedynie stwierdzić, ze była to dziewczyna. Ubrała była w szarą, grecką tunikę, ciężko było określić, jaki ma kolor włosów czy oczu. Chyba była ładna, ale z jakiegoś powodu, kiedy tylko mrugnąłem, zupełnie zapomniałem jak wygląda i musiałem szukać jej wzrokiem. Leżała związana na ziemi.

- Jesteś... Echo? - spytała Sadie.

- Echo - odparła dziewczyna, kiwając głową, co musiało być nie wygodne w tej pozycji.

- Mam ci pomóc?

- Pomóc - pokiwała głową, po czym wskazała podbródkiem na mnie. - Pomóc.

- Czyli jak ja cię rozwiążę, pomożesz mi uleczyć mojego brata?

- Uleczyć mojego brata - odparła Echo twierdząco.

- Zrobić to? - spytała mnie Sadie.

- Zrobić to. - powtórzyła błagalnym tonem Echo.

- Tak, zrób to! - oparłem, próbując nie zemdleć z bólu.

- Zrób to! - pośpieszyła ją istota.

Sadie rozwiązała dziewczynę i razem zaczęły opatrywać moje rany. W tym samym czasie, Sadie próbowała wypytać naszą nową znajomą.

- Więc... to była zasadzka?

- Zasadzka.

- Czy ten tunel gdzieś prowadzi?

- Prowadzi - odparła Echo przeczącym tonem.

- Czyli powinniśmy zawrócić?

- Zawrócić

poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział XVIII


Rozdział XVIII
Alice



Amane tępo wpatrywała się w ciało pana Belasco dobre piętnaście minut, zanim udało nam się przywrócić ją do stanu używalności.

- Co się stało, Miura? – spytałam, pomagając jej wstać.

- Yukiteru… kun. – szepnęła tylko.

         Kun było chyba japońskim przyrostkiem dodawanym do imion. Śmierć pana Belsco musiała przypomnieć jej o kimś innym, o… tym całym Yukiteru. To musiał być dla niej ktoś ważny, pewnie zmarł w podobnych okolicznościach.

- Proponuję się teraz przebrać. – zaproponował Carter po chwili ciszy. – Będziemy długo podróżować, musimy doprowadzić się do porządku, póki możemy.

Wszyscy zaaprobowaliśmy. Chłopaki udali się przebrać do namiotu, a my zajęłyśmy przyczepę.

          Mając na uwadze to, że jestem w dżungli i będę szła przez korytarz, możliwe, że pełen kamieni albo czegoś gorszego, postanowiłam ubrać jak najbardziej praktyczne ciuchy. Okazało to się być trudne ze względu na to, że nie miałam zbyt wiele ciuchów i dostałam stare ubrania od dzieciaków Afrodyty, okazało się to być trudnym zadaniem. W końcu, ubrałam spodenki z o dopinanymi nogawkami, zapewne podarowane przez Piper, obozowy T-shirt i trapery. Nie mogłam znaleźć żadnej porządnej bluzy, więc musiałam zadowolić się koszulą w kratę.

Amane chyba miała w nosie w co się ubiera, a już na pewno nie ze strony praktycznej. Ubrała pierwsze lepsze spodnie i czarną koszulkę na ramiączka z białym napisem na piersiach „moje oczy są wyżej, Hentai!”.

Nie mam pojęcia co oznacza „Hentai”, ale zgadując po miejscu w którym ów napis się znajdował, zapewne coś w stylu „zboczeniec”.”

         Sadie ubrała białą, lnianą koszulkę typową dla maga, ale uzupełniła to czarną bluzą, krótkimi, jeansowymi spodenkami i glanami.

Dziesięć minut później spotkaliśmy się przed trzema tajemniczymi tunelami, którymi będziemy dalej podróżować.

- Są trzy tunele, a nas szóstka. – zauważył Alabaster. – Powinniśmy się rozdzielić, po dwie osoby na tunel.

- Jak się ze sobą skontaktujemy, kiedy któraś drużyna zabije pytona? – spytał Carter. – Nie macie telefonów.

- Możemy użyć Iryfonu. – odparłam.

- Czyli?

- Trzeba stworzyć ręczę i wrzucić do niej drachmę mówiąc „o Iris, bogini tęczy przyjmij moją ofiarę i pokaż mi… „ i tu mówicie osobę.

- A skąd my wstrzaśniemy te drachmy?

- Mamy zapas, podzielimy się.

Rozdzieliliśmy między siebie dwanaście monet, po dwie na osobę. Mieliśmy tego spory zapas, bo wcześniej ich raczej nie używaliśmy. Potem, nadszedł czas na dobieranie „drużyn”.

- Alice… - zagadnął Nico. – może poszlibyśmy razem do… tunelu po prawej?

Nieco zdziwiła mnie ta propozycja. Znaczy chyba dobrze się dogadujemy, ale myślałam, że zaczeka, aż inni się dobiorą.

- No dobra, z chęcią. – odpowiedziałam.

- Nie wieżę, że moja siostrzyczka pójdzie do ciemnego miejsca z jakimś chłopakiem. – mruknął Alabaster, ale na jego twarzy błądził uśmiech. – W takim razie ty zrób mi tą przyjemność i idź ze mną, Miura.

Ujął jej dłoń, a ona odwróciła od niego wzrok.

- Okej. Wolę ciebie niż Cartera.

- Ej, to bolało!

- Sorry.

- Widzisz braciszku, jaki z ciebie nieudacznik? – spytała brata Sadie. – nie martw się, pójdę z tobą.

- No to… Jak ktoś zabije pytona, albo coś znajdzie niech da znać iryfonem. – powiedziałam. – Powodzenia.

- Tobie też powodzenia, Jeffy. Wam wszystkim. – powiedziała Amane. – Jeśli nam się uda, z przyjemnością będę wam mówić po imieniu.

Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w swoje strony.



******





Przez pierwsze dziesięć minut korytarz powoli schodził w dół, ale podróż była dobra. Wręcz nudna.

          Jednak potem, zaczęło się robić coraz cieplej. Po piętnastu minutach, byłam cała przepocona. Zdjęłam koszulę w kratę i przewiązałam ją w pasie, a koszulkę zwinęłam w coś na kształt „biustonosza”. Włosy związałam w koka, ale to wszystko i tak niewiele dało. Jakby tego było mało, nie mogłam spojrzeć na Nico, bo dostałabym krwotoku z nosa i to wcale nie z powodu wysokiej temperatury.

Chłopak najzwyczajniej w świecie miał dość chodzenia w koszulce mokrej od potu, więc ją zdjął. Dotąd mogliście odnieść wrażenie, że jestem tylko niewinną dziewczyną, której całe pojęcie miłości obejmuje całusy i przytulanie się. Jednak pamiętajcie, że wciąż jestem nastolatką i zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zerkać na niego kątem oka.

        Na jego ciele widocznie zarysowane były mięśnie co nie było dziwne dla herosa przebywającego cały rok w obozie, jednak nie były one ogromne i wypukłe jak u Heraklesa na sterydach, którymi szczerze mówiąc brzydzę się bardziej niż brakiem mięśni. No i był chudy, miał też nieco węższe ramiona, niż inni chłopcy na przykład taki Jason

- Patrzysz się. – spytał, a raczej stwierdził Nico. Odwróciłam wzrok, zarumieniona.

- A jak mam nie patrzeć, kiedy tak po prostu zdejmujesz koszulkę w mojej obecności? – spytałam, próbując wyjść z tego z twarzą.

- Nie miałem wyjścia. – odparł. – Ty też byś to zrobiła, gdybyś mogła. – popatrzył znacząco na moją zwiniętą koszulkę. Nerwowo wciągnęłam brzuch.

- Rozwidlenie. – powiedział nagle syn Hadesa, uwalniając mnie od moich dziwnych myśli.

Miał rację. Korytarz którym szliśmy rozdzielał się ma dwa. Prawy szedł dalej prosto, lewy prawie natychmiast kończył się schodami w dół.

- Umiesz powiedzieć, którym powinniśmy iść? – spytałam. – Jesteś synem pana podziemia i tak dalej.

- Powiedzieć to umiem, ale wyczuć niekoniecznie. To raczej działka Hazel. – mruknął. – Mogę tylko powiedzieć, że na prawo jest chłodniej. Za to to gorąco płynie z lewego, które na dodatek cuchnie śmiercią.

- Czyli w lewo. – stwierdziłam i udałam się w stronę schodów.

Schodząc w dół po krętych schodach, słyszałam coś na dole. Coś śliskiego lub lepkiego, ewentualnie oba na raz. Pełzało po podłodze, wydając nieprzyjemny dźwięk.

- Masz latarkę? – spytałam, starając się ukryć drżenie głosu.

- Nie. - odparł. - Dlaczego pytasz? Też to słyszysz?
        Pokiwałam niemrawo głową i nie bez obaw, kontynuowałam schodzenie niżej. Nagle, coś owinęło się wokół mojej nogi. Krzyknęłam, kiedy lepkie pnącze pociągnęło mnie za sobą w ciemność. W ostatniej chwili złapałam się krawędzi kamiennych, spiralnych schodów. 
- Pomocy! - wrzasnęłam. Nico podbiegł do mnie i złapał mnie za rękę.
- Wytrzymaj! - poprosił. - Spróbuję to odciąć!
- Nie dam... rady. - jęknęłam. Miałam wrażenie, że zaraz urwie mi nogę. Pnącze nie puszczało i ciągle ciągnęło mnie w dół.
Nico wychylił się, próbując sięgnąć sztyletem, tego czegoś, co mnie ciągnęło. Zamiast tego jednak fiknął koziołka przez głowę i spadł w dół.

- Nico! - wrzasnęłam. Na szczęście, syn Hadesa zdołał złapać się pnącza. Wiło się i wylegało, ale chłopak powoli wspinał się w moją stronę.

- Odetnę to. - mruknął. - Ty spróbuj się wciągnąć, pomogę ci.

- Ale co z to...

Zanim skończyłam, jednym cięciem odciął kawałek rośliny pętający moją kostkę. Zdążył mnie jeszcze trochę podsadzić do góry, zanim dziwne, grube pnącze na którym siedział opadło w dół.

A ja zostałam sama, nadal wisząc na krawędzi spiralnych schodów.

Nico...

- Żyję! - usłyszałam jego krzyk z dołu. - Ta roślina jest strasznie miękka, ale atakuje!

       Zastanawiałam się chwilę, czy po prostu nie puścić się i nie spaść za nim, ale tak mogłabym wpaść prosto w pułapkę. Postanowiłam więc, że wciągnę się na schody i zbiegnę na dół.

Zbiegałam po stromych, kamiennych schodach, aż ukazał mi się Nico walczący z zielonymi pnączami. Te smagały go niczym baty, owijały się wokół niego i ciągnęły w stronę czegoś, co wyglądało jak ogromny kwiat dzbanecznika. Syn Hadesa ciął je mieczem z zadziwiającą prędkością, ale na miejscu każdego pnącza wyristało nowe.

Rzuciłam się w jego stronę i natychmiast dostałam w twarz. Ta głupia roślina rozkwasiła mi nos tuż po tym, jak go opatrzyłam! Mój policzek również pulsował z bólu.

Po chwili zorientowałam się, że jesteśmy na liściu. Ogromnym liściu jeszcze ogromniejszej, drapieżnej rośliny.

- Korzenie. - mruknęłam.

- Co?

- Musimy dostać się do korzeni. - odparłam. - Tam powinno być przejście.

- To chodź!

Nico używał pochwy miecza, aby zjeżdżać po niektórych łodygach. Ja niestety nie posiadałam takiego przedmiotu, musiałam skakać na łeb na szyję, z liścia na liść. Czułam się jak jakaś Calineczka.

       Niespodziewanie, cios pd tyłu zadany przez pnącze pchnął mnie przed siebie, przez co niekontrolowanie spadłam na następny liść, który niebezpiecznie się zakołysał. Siła uderzenia pozbawiła mnie tchu.

- Alice! - Nico ukląkł przy mnie i powoli podniósł. - Możesz oddychać?

Po chwili ku jego uciesze udało mi się zaczerpnąć powietrza. Ruszyliśmy dalej.

Im niżej byliśmy, roślina bardziej chciała nas zatrzymać. Jakimś cudem, w końcuzeskoczyliśmy na ziemię. 

- Tam! - wskazałam na tunel w ziemi, miedzy korzeniami.

Jak na zawołanie, korzenie zaczęły się przesuwać, blokując korytarz.

- Chimera jasna! - zaklął Nico i natarł na "ścianę". Próbował ciąć mieczem. Korzenie okazały się być bardziej wytrzymałe od pnączy i łodyg.

Nagle moje oczy zaszły mgłą. Przestałam czuć ból i zmęczenie. Zorientowałam się, że teraz to nie ja kontroluję swoje ciało.

- Odsuń się, synu Hadesa. - rozkazał kobiecy, znany mi głos, używając moich ust. To niewątpliwie był głos mamy... Trywii? - Obsecro: Ignis!

Zaklinam: Pożar.

       Cała roślina zapłonęła, a ja odzyskałam władzę nad swoim ciałem. Głowa zaczęła mnie potwornie boleć, byłam cała spocona, a moje nogi zdawały się być z ołowiu. Wbiegłam do tunelu i upadłam na ziemię. Nie miałam siły się podnieść.

Nagle, zakręciło mi się w głowie. Jak przez szum wodospadu usłyszałam zaniepokojony głos Nico, chyba przypomniał sobie coś o leżeniu tuż po biegu. Chyba kazał mi wstać...

Chwilę później straciłam przytomność.





czwartek, 16 lutego 2017

Rozdział specjalny - przeszłość Amane cz 2



Nie zdawałam sobie sprawy, jak ważne podczas mojej wyprawy było dla mnie towarzystwo drugiego człowieka.

       Może i Yamada był śmiertelnikiem. Może i przekonanie go do współistnienia bogów i istot z wielu religii zajęło mi cały lot. Może uwierzył dopiero wtedy, kiedy zaciągnęłam go do damskiej toalety na warszawskim lotnisku i kazałam Iseko przybrać postać Nue. Dopiero kiedy do mnie dołączył zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebowałam towarzystwa zwyczajnego człowieka.

        Długie przebywanie ze mną sprawiło, że powoli zaczynał widzieć przez mgłę. Pokazywałam mu magiczne stworzenia, pytałam jak on je widzi i opisywałam ich prawdziwy wygląd. Co prawda, często się kłóciliśmy, a do mnie przyległo przezwisko "Mangozjeb". Ja zaś nazywałam go "Baka" czyli po naszemu "Idiota". Ale tak na serio, to chyba się lubiliśmy. Nasze zachowanie było wynikiem tego, że oboje odnosiliśmy się chłodno do bliskich nam ludzi. U nas w Japonii takie osoby są nazywane Tsundere.

Wracając, kiedy akurat się nie kłóciliśmy, umieliśmy się całkiem nieźle dogadać. Chociaż w sumie nie wiem, jak wyglądałyby nasze relacje i… Czy Yukki skończyłby tak jak skończył, gdyby nie jedno wydarzenie.



******



- Szybciej, Yamada! - krzyknęłam, ciągnąc chłopaka za rękę.

         Nie spodziewałam się, że poza Azją dojdzie do sytuacji, w której będziemy uciekać przed stadem zjaw. W Japonii jest ich najwięcej ze względu na dużą liczbę samobójstw ludzi z powodu pracy i urozmaicony świat duchowy będący częścią naszej kultury.

W innych krajach jednak też się pojawiają. Ayakashi to dusze zmarłych, którzy podczas śmierci byli skażeni grzechem, samookaleczali się lub popełnili samobójstwo. Może pozostali ludzie widzą je w innej postaci, zależnie od religii czy kultury, ale jako, że i mi i blondynowi najbliższa była Japonia, właśnie gonił nas fioletowy wilk i jaskrawa żaba z jednym okiem, a nad nami leciała neonowa ćma.

Taaa, takie zjawy znajdziecie w kraju kwitnącej wiśni.

- Szybciej! - krzyknęłam po raz kolejny

- Nie mam takich długich nóg jak ty! - wysapał. - Nie nadążam!

     Yukiteru był śmiertelnikiem, a ja półboginią, więc możliwe, że gdybym ja pobiegła, a on się ukrył, Ayakashi popędziły by za mną ignorując go. Jednak podczas ucieczki nie było czasu o tym myśleć.

     Pociągnęłam go w uliczkę, która okazała się ślepa. Zaklęłam mierząc wzrokiem stwory otacząjące nasz z każdej strony. Podczas pogoni dołączyło więcej osobników: Od malutkiego, fioletowego kotka po pająkopodobną zjawę wielkości małego domu jednorodzinnego.

- Ukryj się! - zażądałam. Chłopak jedynie ukląkł i zaczął grzebać w swoim plecaku.

Zanim zdążyłam to skomentować, rzucił się na mnie widmowy wilk.

        Zrobiłam unik i kopnęłam zjawę w podbrzusze. Odskoczyłam do tyłu i wyjęłam z włosów spinkę, przemieniając ją w miecz.

Wilk się pozbierał i miał zamiar ponownie się na mnie rzucić. Tym razem byłam szybsza. Wykonałam wślizg do przodu i zamachnęłam się ostrzem. Nawet Błogosławiona Platyna nie działa zbyt skutecznie na zjawy, więc na ciele stworzenia powstała rana, która jedynie je spowolniła i chwilowo unieszkodliwiła zwierzę.

         W tym samym momencie, zostałam stratowana przez odnóże ogromnego pająka. Moja broń poleciała na koniec uliczki, z brzdękiem uderzając w chodnik

Ayakashi podniósł ostre odnóże, zamierzając przebić mnie nim na wylot.

          Wtedy, Yamada złapał stwora za inną kończynę i wkładając w to całą siłę, za pomocą podarowanego mu przeze mnie sztyletu odciął mu ją od reszty ciała. Uskoczył, żeby nie zostać przygniecionym przez upadające cielsko i zderzył się z ogromną żabą.

Zamachnął się i wbił swoją broń w brzuch bestii aż po rękojeść . Tak dużemu stworowi nie zrobiło to zbyt wiele. Sztylet prawie natychmiast wypadł z rany, z której zaczęła wylatywać trującą Shouki. Blondyn upadł i zaczął się krztusić

- Yukiteru! - wrzasnęłam i zerwałam się z ziemi mając zamiar zabić zjawę gołymi rękami. Żabie Ayakashi zaczęło owijać długi język wokół mojego przyjaciela.

         Nagle, wokół mnie zawirowały płomienie. Instynktownie zamknęłam oczy. Poczułam nagły przypływ mocy, a gdy rozchyliłam powieki, poczułam w rękach ciężar. Dzierżyłam długą, czarno-złotą katanę. Byłam nieco zdziwiona jej nagłym pojawieniem się, ale przerzuciłam ją do prawej dłoni i rzuciłam się na zjawę.

        Ostrze przeszło przez żabę jak przez ciepłe masełko. Zniknęła w rozbłysku światła, a Yukki upadł na ziemię. Pomogłam mu wstać i chwyciłam jego plecak. Nie dbałam nawet o to, czy był zamknięty.

Torowałam nam drogę przez Ayakashi, blondyn odzyskał sztylet i pomagał mi jak mógł. W końcu, wybiegliśmy na ulicę i zatrzymaliśmy się aby złamać oddech. Zero zjaw wokół.

        Nagle, rozległo się klaskanie. Zza rogu wyszedł mężczyzna w ulizanych, czarnych włosach i okularach przeciwsłonecznych. Na sobie miał nieznany mi mundur.

- Więc rzeczywiście posiadasz płomień. - powiedział. -  Miuro Amane, dziewczyno wybrana przez niebiosa. Masz rozkaz udania się za mną. Od dzisiaj jesteś własnością organizacji ŚWIT.



******



- Stop! - krzyknął Yamada, przyciągając mnie do siebie. - Jaką znowu własnością!? Na pewno nie twoją!

- Bronią przywołaną przez panią Miurę jest Płomień. Broń będąca materializacją duszy. Normalnie dzieciaki z potencjałem po ukończeniu gimnazjum mają wstrzykiwany specjalny środek który w niektórych przypadkach powoduje jego przywołanie.  - wskazał na nas palcem. - A wy, uciekliście z kraju, więc nie możecie zostać przebadani! Zostaniecie teraz przetransportowani do laboratorium. Pani Miura będzie pod stałą obserwacją. To konieczny środek, kiedy płomień wykształca się naturalnie. Przejdzie też trening bojowy. Pan Yamada zostanie dokładnie przebadany, w celu wykrycia obecności płomienia.

- Nigdzie nie idę! - zaprotestowałam. - Yukiteru-kun również!

Nagle, otoczyli nasz uzbrojeni ludzie. Przyjechał czarny samochód.

- Jedziecie z nami. - zażądał mężczyzna. - W przypadku protestu spotka was śmierć!



******



        Laboratorium ŚWITU znajdowało się w Hiszpanii, był to ogromny kompleks na pustkowiu, ogrodzony sześciometrowym, kolczastym ogrodzeniem pod napięciem. Wokół ogrodzenia ustawione były straże.

Budynek miał pięć pięter, a drugie tyle podobno rozciągało się pod ziemią. Ściany były sterylnie białe, a okna małe i prostokątne. Jedyną zaletą tego miejsca były duże ogrody, służące zapewne jako "wybieg" dla obiektów badań.

        Zostaliśmy wprowadzeni przez strzeżoną kodem bramę, przeszliśmy przez chodnik aż do drzwi wejściowych, również strzeżonych kodem. Następnie wepchnęli nas do windy i pojechaliśmy na wyższe piętro. Jak się okazało, nie było tu schodów.

Piętro drugie okazało się być częścią mieszkalną. Ściany były pomalowane na matową żółć, mdłe światło sączyło się z lampek zamątowanych w suficie. Zatrzymali nas przed pokojami numer dwadzieścia i dwadzieścia jeden.

- To są wasze pokoje. Zostaniecie tu zamknięci i zaczekacie na dalsze rozkazy. - powiedział facet w mundurze.

Zanim zdążyłam zaprotestować, dwóch uzbrojonych mężczyzn pchnęło mnie do dwudziestki, zatrzaskując za mną drzwi. Usłyszałam dźwięk elektrycznego zamka.

- WYPUŚĆCIE MNIE! - krzyknęłam, waląc w drzwi. Albo nie zwracali na mnie uwagi, albo były dźwiękoszczelne, bo nie usłyszałam odpowiedzi.

         Zrezygnowałam i ruszyłam obejrzeć mój "apartament". Muszę przyznać, był luksusowy, ale jednocześnie taki… Skąpy i nijaki.

          Podobnie jak na korytarzu, ściany były matowo żółte. Po prawej stronie od drzwi stał ogromny regał wypełniony książkami. Na lewo miękka brudno-szara kanapa i tego samego koloru fotel ustawione naprzeciwko ogromnego telewizora. Nie było tam żadnych dekoracji, obrazów a nawet dywanu. Chociaż sprzęt i meble wyglądały na drogie, w pomieszczeniu panowała niepokojąca pustka.

       Ku swojej uciesze, odkryłam też dwie grube szyby po dwóch stronach pomieszczenia, ukazujące pokoje obok. W tym po prawo, zobaczyłam Yamadę machającego do mnie.

Podeszłam najbliżej jak mogłam. Obok lustra znajdował się mikrofon, zapewne po to, żebyśmy mogli ze sobą gadać.

- Słyszysz mnie? - spytałam do urządzenia.

- Głośno i wyraźnie. - odpowiedział. Jego głos dochodził z głośnika zamontowanego obok mikrofonu. - Co robimy?

- Na razie możemy tylko czekać. - odparłam. - Ale nie mam zamiaru tu zostać.

- Ja też. - potaknął. - Musimy znaleźć drogę ucieczki… Czekaj, ktoś jest w tamtym pokoju!

     Odwróciłam się w stronę drugiej szyby. Po drugiej stronie stała dziewczyna, chyba w naszym wieku. Była nieco niższa ode mnie, ale nadal znacznie przewyższała Yamadę. Miała rude włosy sięgające do bioder i czerwone oczy, które przymrużała, lekko się uśmiechając. Na uszach miała kolorowe słuchawki. W ustach miała czekoladową pałeczkę Pocky. Ubrana była w dżinsy, koszulę w kratę i tenisówki. Jej twarz pokryta była delikatnymi piegami. Rękoma dawała mi znak, żebym podeszła.

- Hej. Kim jesteś? - spytałam, podchodząc do mikrofonu.

- Mów mi Chelsea. - odparła. Miała nietypowy, wysoki głos niczym jakaś słodka dziewczynka z anime. - Ty i ten blondyn jesteście tu nowi, tak?

- Tak. Co ty tu robisz?

- To samo co wy. Jestem uwięziona w tym miejscu, bo odkryto we mnie ten cały płomień zanim wstrzyknięto mi Lucyfera.

- Lucyfera?

- To ta substancja, która umożliwia niektórym przyzwanie płomienia. Chociaż… nie zdziwiłabym się, gdyby miała z szatanem więcej wspólnego niż tylko imię. Według mnie, wcale nie jesteśmy "dziećmi wybranymi przez niebiosa", a przez to na dole.

Zapadła cisza, którą przerwała rudowłosa.

- A wy? Jak się nazywacie? Wyglądacie mi na Azjatów.

- Jesteśmy z Japonii. - przyznałam. - Jestem Amane Miura, a to Yukiteru Yamada. Wolelibyśmy, żebyś mówiła do nas po nazwiskach.

- Jak chcecie. - wzruszyła ramionami. - Jak się tu dostaliście?

- Walczyliśmy ze zjawami. - odpowiedziałam. Jeśli ta dziewczyna posiada broń będącą materializacją duszy, nie powinien ją dziwić fakt istnienia takich stworzeń. - Przegrywaliśmy i nagle… Otoczyły mnie płomienie, a w moich rękach pojawił się miecz.

- Czyli naturalnie wykształcony płomień powstały w wyniku dotkliwych przeżyć. - zawyrokowała Chelsea. - pewnie miałaś ciężkie dzieciństwo, co?

- Tak, życie mnie nie oszczędza. - przyznałam. - A ty, jak się tu dostałaś?

- Pochodzę z bogatej, angielskiej rodziny. - powiedziała. - W sumie to nie pamiętam jak, ale pokochałam strzelanie z pistoletu. Mieliśmy w domu własną mini-strzelnicę. No i… Jako, że byliśmy bogaci, jacyś bandyci wzięli nas sobie za cel. Byłam wtedy poza domem. Na własnych oczach widziałam, jak tata walczy z jakimś facetem na balkonie, a potem zostaje z niego zepchnięty. - jej twarz przybrała złowrogi wyraz. - Miałam ochotę rozstrzelać go i wszystkich innych na miejscu. Nagle uaktywnił się mój płomień i… zrobiłam to.

- Rozstrzelałaś ich!?  

- Tak myślałam. Załamałam się i myślałam, że zabiłam człowieka. Kiedy wezwałam policję oni… Obudzili się. Kiedy zeznałam na posterunku co się stało, stwierdzili, że musiałam być tak rozchwiana emocjonalnie, że miałam halucynacje. - westchnęła. - Tuż po tym przyjechały "służby specjalne" i zabrały mnie tutaj.

- Jak to możliwe, że tym ludziom nic się nie stało?

- Płomień to materializacja duszy, więc skrzywdzi tylko ducha. No, podobno to możliwe kogoś zabić płomieniem, jeśli właściciel tego chce, ale nie byłam aż tak wściekła. - wyjaśniła. - Patrz!  

       Rudowłosa wykrzyknęła "płomień", a wokół niej zawirował ogień. Zapłonęły także jej dłonie, w których po chwili pojawiły się dwa, świecące na pomarańczowo pistolety.

- Płomień za zwyczaj nie przyjmuje formy skompilowanej broni. - powiedziała Chelsea. - Podobno powodem na to, że u mnie przyjął formę pistoletów jest to, że byłam z nimi zżyta od dzieciństwa. A teraz odsuń się i patrz.

        Odsunęłam się, a dziewczyna uniosła swoją broń i wycelowała w szybę. Nacisnęła spusty i rozległ się huk. Byłam pewna, że pociski rozbiją szybę, ale po prostu przez nią przeniknęły. Ze świstem przeleciały obok mnie, a potem przeniknęły przez okno do pokoju Yukiteru. Blondyn odskoczył przestraszony i patrzył na okno prowadzące do następnego pokoju, w którym zniknęły.

- Tak to wygląda. - zakończyła Chelsea.

- Czy… chcesz się stąd wydostać?

- Jasne, że tak! Tyle, że to niemożliwe. - westchnęła. - Wyjdziemy dopiero kiedy będziemy w wieku szesnastu lat, czy jakoś tak. Wyślą nas do jakiegoś liceum we Włoszech, gdzie uczą się dzieciaki jak my z całej Europy. Podobno jest po jednej takiej szkole na każdy kontynent.  

- A może nam pomożesz? - spytałam. - We trójkę może damy radę uciec.  

Rudowłosa położyła palec na ustach.

- Nie tak śmiało, wszędzie w pokojach ukryte są kamery. Tak, mogę wam pomóc. Spotkamy się za dwie godziny w ogrodzie przy wschodnim skrzydle. Po tym, jak spotkacie się z dyrektorem tego miejsca, powinni pozwolić wam poruszać się po części budynku.

- Dziękuję. - uśmiechnęłam się. - Do zobaczenia.




******

Od tej rozmowy minął prawie rok, a my nadal nie zrobiliśmy żadnych postępów. Zbliżały się święta i przy okazji moje piętnaste urodziny. Ku mojemu zdziwieniu, nawet w laboratorium ŚWITU pojawiły się drobne świąteczne dekoracje. Rośliny w ogrodzie zostały przyozdobione lampkami, w części mieszkalnej rozwieszono świąteczne łańcuchy, nad drzwiami pokoi porozwieszano jemiołę, a w stołówce można było dostać pierniczki.

       Mi jednak nie udzielała się ta odrobinka świątecznej atmosfery. Przytłoczona poczuciem uwięzienia i zależności od innej osoby straciłam chęć do życia. Wykonywałam tylko rutynowe czynności, bez walki poddawałam się badaniom i nie wymieniałam słowa z Yamadą i Chelsą. Czasami słyszałam rozmowy na temat mojej "przypadłości". Większość lekarzy twierdziła, że przejdzie mi jak tylko wyjdę do tego głupiego liceum.

      Jednego z tych przytłaczających, szarych dni, podczas gdy leżałam jak długa na swoim łóżku, do mojego pokoju wpadł Yukiteru.

- Miura!

Był wyraźnie podekscytowany. Zwróciłam głowę w jego stronę, ale nie odezwałam się.

- Posłuchaj... - blondyn nie robił sobie nic z mojego niezaangażowania. - Razem z Chelsą znaleźliśmy słaby punkt tego miejsca! Chyba wiemy jak uciec!

- Chyba. - mruknęłam.

- Ale ja mówię serio! Nie chcesz uciec!? Widzę, jak nienawidzisz tego miejsca.

- Jesteśmy tutaj prawie rok. - warknęłam. - To nie możliwe, że znaleźliście drogę ucieczki dopiero teraz.

       Nie wiem, dlaczego byłam tak rozdrażniona. Mógł to być kolejny efekt uboczny siedzenia w zamknięciu, lub zwyczajnie przeżywałam strasznie bolesny okres (if you know what i mean). Szczerze mówiąc, nie pamiętam.

- Może nie zostawiaj mnie z kwitkiem, tylko chodź do mojego pokoju, co? Tam powiemy ci z Chelsą, co znaleźliśmy.

- Nie ma takiej potrzeby.

- Chodź!

Kiedy ten kurdupel zaczął mnie ciągnąć za ręce i ściągać z łóżka razem z pościelą, miarka się przebrała. Wyrwałam mu się, zgarnęłam pościel w ręce i rzuciłam mu ją na głowę.

- Odczep się ode mnie! - krzyknęłam i skierowałam się w stronę drzwi z zamiarem ucieczki na salę treningową. Tym razem jednak chłopak wykazał się refleksem i zastąpił mi drogę.

- Uspokój się na chwilę. - powiedział ze stoickim spokojem.

       Zanim zdążyłam go obrzucić angiekskimi przekleństwami cisnącymi się na moje usta (nie ma ich zbyt wielu w japońskim słowniku). Złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Runęłam do przodu wpadając na niego. Chłopak drugą rękę położył na moich plecach i złączył swoje usta z moimi.

To był pierwszy i prawdopodobnie ostatni pocałunek w moim życiu.

       Nie miałam pojęcia, jak zareagować. Nie wiem, jak to jest w innych krajach, ale u nas w Japonii najpierw wyznaje się komuś miłość i dopiero, kiedy związek osiągnie pewne stadium zaczynają się pocałunki. Są oczywiście osoby nie trzymające się tych zasad, ale jeszcze pare sekund temu, byłam gotowa zwyzywać go od idiotów, bezmózgów i karłów.

Jednak coś w moim sercu trzepotało. Po chwili oddałam pocałunek i pochyliłam się bardziej, żeby biedak nie musiał stawać na palcach. Czułam wypieki na policzkach, byłam niesamowicie szczęśliwa.

Po kilku chwilach, a może godzinach, odsunęliśmy się od siebie. Patrzyliśmy się na siebie nie wiedząc, co powiedzieć. Yukki nadal kurczowo trzymał mój nadgarstek.

- Jemioła. - powiedział w końcu.

- C-co?

- Jemioła. - powtórzył, wskazując palcem na zawieszoną nad drzwiami roślinę. - Według tradycji, jak dwie osoby są pod jemiołą, muszą się pocałować. Więc... Nie wymyśl sobie czegoś. Zrobiłem to tylko dla tradycji, okej?

Wyrwałam się z jego objęć, czerwona jak burak.

- O-oczywiście, że o tym wiedziałam! Tylko z tego powodu odwzajemniłam ten pocałunek! To nie tak, że lubię cię czy coś... Idioto.

Znowu zapadła cisza.

- To jak? - spytał blondyn. - Idziesz?

- Daj mi parę minut. - odparłam. - Muszę chwilę ochłonąć.

- No... Okej.

Wyszedł, nie zamykając drzwi. Usłyszałam jego głos.

- Obudziłeś się, kotku? - spytał kogoś, albo coś. - Wiesz... Strasznie urosłeś odkąd cię znalazłem. Niedługo będzie problem z ukryciem cię.

W odpowiedzi usłyszałam miałknięcie.

      Czyli najwidoczniej jakiś kot przedostał się przez ogrodzenie, a Yamada o złotym serduszku go przygarnął. Może ten kociak jest nawet związany ze słabym punktem tej złotej klatki.

Nie wiedziałam, że prawda jest zupełnie inna.


******


Plan Chelsy i Yukiteru okazał się być nawet dobry. Słabym punktem bazy okazał się być podziemny przejazd, którym transportowane były podobno ogromne pokłady Lucufera. Jako, że to bardzo cenny środek, jego przewóz musi być ściśle tajny. Podczas zwiedzania budynku Yukiteru dotarł tam i został zatrzymany dopiero przy bramie, gdzie kontrolowany był towar i tożsamość kierowcy.

Plan był prosty: Obezwładnić strażników żeby nikt z zewnątrz się nie zorientował, ominąć kontrolę i wyjechać w opróżnionej ciężarówce jadącej niewiadomo gdzie. Ważne, by wyjść z tego bagna.

      Akcję rozpoczęliśmy w sobotę z samego rana. O piątej trzydzieści zjedliśmy śniadanie, by przed szóstą być już w akcji. Chcieliśmy skorzystać z zaspania strażników, którzy dopiero co rozpoczęli dzienną zmianę.

Z plecakami na ramionach, szliśmy krętymi korytarzami. Co jakiś czas, kiedy na horyzoncie pojawiali się strażnicy, Chelsea obezwładniała ich z pomocą swoich pistoletów, a kiedy dochodziło do bliższego spotkania, do gry wchodziła moja katana.

Podziemy tunel znajdował się na minus drugim piętrze. Skradanie się tam zajęło nam dobre pół godziny, ale opłacało się.

      Pierwsze pomieszczenie było czymś w stylu ogromnego hangaru, gdzie wyładowywane były pokłady Lucyfera. Szkalne pojemniki pełne dziwnej, błękitnej cieczy były ładowane na wózki towarowe i przewożone do laboratorium za pomocą windy.

- Jak pójdziemy dalej? - spytałam. - Za dużo tu ludzi.

      Chelsea wskazała na ludzi ładujących jeden z wózków. Dwie kobiety i mężczyzna ubrani w robocze kombinezony.

       To był kolejny dowód na to, ze mimo sprzeczek rozumieliśmy się bez słów. Wemknęliśmy się do sporej windy, ścisnęliśmy się w koncie i zaczekaliśmy, aż nasze cele wejdą i zamkną się drzwi. W tym momencie, Chelsea strzeliła kobietom w skroń, a ja uśpiłam mężczyznę za pomocą płomienia.

        
Nigdy nie pomyślałabym, że będę robić coś takiego, ale przynajmniej ich nie zabijaliśmy, tylko usypialiśmy za pomocą płomieni. Zaczęliśmy ściągać z ludzi kombinezony (na szczęście mieli zwykłe ubrania pod spodem) i sami się w nie ubraliśmy. Jako, że Yukiteru był strasznie niski musiał założyć damski kombinezon, a ja, największa musiałam założyć męski.

- Co teraz? -spytał blondyn.

- Ta winda porusza się tylko między dwoma piętrami. - zauważyłam. - Czyli między hangarem a miejscem, gdzie trzymają Lucyfera. Najbezpieczniej będzie udać się tam i rozładować wszystko, a potem wrócić i zakradnąć się do jakiejś ciężarówki.

- A co zrobimy z nimi?

- Ja wiem. - Chelsea wzięła przyczepioną do wózka linę, zapewne przeznaczoną do zabezpieczenia szklanych pojemników i zaczęła obwiązywać nieprzytomnego mężczyznę. Ja i  Yukki zajęliśmy się pozostałą dwójką. Potem, nie wiem skąd, dziewczyna wytrzasnęła taśmę którą zakneblowała im usta.

- Okropnie się z tym czuję. - przyznałam.

- Ja też, ale kobieto, masz do wyboru wydostać się na wolność, albo pogodzić się ze swoim losem "dziecka wybranego przez niebiosa" ekhempiekłoekhem i tkwić tu jako szczur laboratoryjny do szesnastki, dopóki nie wypuszczą cię do tego dziwnego liceum, które zapewne tez okażę się więzieniem.

- Masz racę. - mruknęłam i spojrzałam na Yamadę. Był poddawany testom które miały wskazać obecność płomienia w jego ciele, ale nic nie wskazywało na to, że go posiada. Trzymają go właściwie tylko dlatego, że to z jego powodu mój płomień się uaktywnił. Co by się z nim stało, gdyby mnie zabrali do tego liceum?

Nie mając jak lepiej ukryć nieprzytomnych ludzi, po prostu zostawiliśmy nieprzytomnych przy jednej ze ścian prostopadłych do wejścia. Ja i Yukiteru poszliśmy rozładować Lucyfera a Chelsea pilnowała by nikt nie zauważył nieprzytomnych. Kiedy wróciliśmy, zobaczyliśmy kolejną osobę nieprzytomną na podłodze.

- Co tu się stało? - spytałam.

- Facet zorientował się, że nie jestem Elizabeth Jonson - wyjaśniła, wskazując na przyczepioną do jej kombinezonu plakietkę z imieniem i nazwiskiem jednej z obezwładnionych przez nas kobiet.

        Zjechaliśmy z powrotem na dół i jak najszybciej wyszliśmy z windy, żeby nie zostać powiązani z nieprzytomnymi pracownikami których zostawiliśmy w windzie. Przyglądaliśmy się ciężarówkom oceniając, do której najlepiej będzie się wkraść.

- Tam! - blondyn wskazał na jedną z ciężarówek. - przyczepa jest duża i ciemna, możemy ukryć się za tymi pudłami.

          Zaczekaliśmy aż zajmujący się rozładowywaniem Lucyfera pracownicy skierują się do windy i wskoczyliśmy do przyczepy. Ukryliśmy się za pudłami i czekaliśmy. Po chwili ciężarówka ruszyła.

Jesteśmy wolni!



******



Ciężko było rozstać się z Chelsą.

         Ciężarówka zatrzymała się we Francji, gdzie zdecydowaliśmy się rozstać. Ja i Yukiteru postanowiliśmy udać się do Ameryki i tam szukać schronienia dla półbogów, a Chelsea chciała udać się do swojej dalekiej rodziny mieszkającej w Wielkiej Brytanii, gdzie mogła się w miarę szybko dostać będąc we Francji. Próbowała nas nakłonić, żebyśmy zostali tam z nią przez jakiś czas, ale odmówiliśmy.

We Francjii zostaliśmy tydzień, a potem skierowaliśmy się do Ameryki południowej. Kolejny postój postanowiliśmy zrobić w Peru.

       Coraz częściej zauważałam u Yamady dziwne zachowania. On zawsze był gburowatym idiotą, ale każdego dnia było coraz gorzej. Stał się zimny i oschły jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Był strasznie sarkastyczny, bardzo łatwo wpadał w gniew. Niepokoiło mnie to. Przez głowę przeszła mi myśl, że może opętało go Akashi, ale szybko odrzuciłam tą myśl. Od incydentu z płomieniem nie spotkaliśmy jeszcze żadnych zjaw, a mogą one opętać tylko kogoś napędzanego bardzo przykrymi emocjami, a nie mam pojęcia, kiedy chłopak mógłby takowych doświadczyć. Jedynym takim zdarzeniem mogło być rozstanie z Chelsą, ale wtedy nie wyglądał na zbyt zrozpaczonego. Mogło to też być coś wcześniej czym nie miał czasu się martwić pidczas naszej ucieczki.


Zupełnie jakbyśmy zamienili się nastrojami. Jeszcze tak niedawno temu ja byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Ale wracając do naszej już zbliżającej się ku końcowi historii...

- Yamada. - powiedziałam stanowczym tonem. - Musimy porozmawiać.

- Nie. - odparł tylko, a jego głos tłumiony był przez poduszkę w której ukrywał twarz. Ze względu na to, że udawaliśmy rodzeństwo, musieliśmy dzielić w hotelu jeden pokój.

- Tak. Widzę, że coś cię gryzie.

- Odwal się.

- Chłopie, zachowujesz się jak kobieta z okresem. Co jest nie tak!?

- Przecież mówię, że nic! - krzyknął, zrywając się z łóżka. Jego oczy były puste. Nie było wątpliwości, coś go opętało.

- Dlaczego? Co cię tak dotknęło, że dałeś się zawładnąć zjawie?

Nie spodziewałam się odpowiedzi od chłopaka, a od kierującego nim Ayakashi. Nie zawiodłam się.

      Na ramieniu mojego przyjaciela zmaterializował się czarny, widmowy kociak sczerzący się niczym ten z "Alicji w Krainie Czarów". To musiał być ten kotek do którego mówił Yamada do wyjściu z mojego pokoju! Musiał wskoczyć mu do plecaka podczas walki z Ayakashi a kiedy on go odnalazł to pomyślał, że jak małe i słodkie to nieszkodliwe.

- "To nie tak, że cię lubię czy coś... Idioto!" - zacytowała zjawa dziwnym, wysokim głosem. - "O-oczywiście, że o tym wiedziałam!".

Na początku, nie miałam zielonego pojęcia, o co chodzi. W końcu do mnie dotarło.

- Tym się przejąłeś!? - krzyknęłam, tym razem bezpośrednio do chłopaka. - Sam powiedziałeś, że to zrobiłeś tylko ze względu na jemiołę! Bałam się twojej reakcji, gdybym powiedziała prawdę!

- Kłamiesz... - warknął. - Kłamiesz!

Rzucił się na mnie, powalając mnie na ziemię. Na szczęście z naszej dwójki ja byłam ta silniejsza. Uwolniłam się i odeszłam od niego, stając w pozycji obronnej.

      Myślałam, że wznowi atak, ale po prostu zerwał się z podłogi i pobiegł w stronę holu.

      Przyzwałam płomień i popędziłam za nim. Skierował się do kuchni, biegłam za nim, a przed sobą słyszałam krzyki potrąconych przez niego ludzi.

      Pobiegłam za nim i nie zwracając uwagi na tłum podążałam w jego kierunku. Jakaś kobieta oblała się wrzątkiem. Blondyn wyrwał nóż jednemu z kucharzy kalecząc go w palec i pobiegł dalej. Zatrzymał się dopiero na tyłach hotelu.

- Błagam, Yukki. - wydyszałam. - Przestań.

Kiedy usłyszał zdrobnienie swojego imienia z moich ust, przez chwilę w jego oczach pojawiły się iskierki, które jednak szybko zgasły. Myślałam, że rzuci się na mnie z nożem, ale zamiast tego skierował ostrze w stronę swojej szyi.

Kot na jego ramieniu. Jeden ruch, Yukiteru traci przytomność, zjawa zniszczona. Uniosłam płomień i zamachnęłam się.

Sekundę za późno.

     Nieprzytomny chłopak upadł, nabijając swoją krtań na czubek noża.

Nie mogłam pohamować łez, spływających po moich policzkach. Bliska mi osoba zginęła przeze mnie. Próbowałam wmówić sobie, że to tylko zły sen.

Tak samo jak teraz, kiedy patrzę na martwego Pana Belasco.

"I znów powtarza się tragedia... Ukryta gdzieś w ciemności twarz złowieszczo się uśmiecha. Nie chcę już nikogo stracić, więc wyciągam katanę."*

Postanowiłam. Nie pozwolę umrzeć nikomu, kto jest ze mną w tej wyprawie.


-------------
* Cytat na końcu zaczerpnięty z piosenki Liar Mask.


środa, 25 stycznia 2017

Rozdział specjalny - Przeszłość Amane cz 1


Amane

- Znowu ktoś zginął… Przeze mnie.

Wpatrywałam się w nieruchome ciało pana Belasco. Sama nie wiedziałam, czy powinnam wybuchnąć płaczem, czy histerycznym śmiechem. Ta ironia losu nie może być przypadkiem. Przecież ON zginął w identyczny sposób, popełniłam wtedy ten sam błąd… Tyle, że Yukki był wtedy opętany przez Ayakashi.

- Amane!? Co masz na myśli? – spytał Alabaster. – O kim ty…

Myślami byłam już gdzie indziej.





***



Miałam wtedy chyba… Siedem, osiem lat? Nue, czyli kobieta wyznaczona przez Praesidio na moją strażniczkę poradziła mi, żebym znalazła sobie pracę. Jednak kto by przyjął do pracy małą dziewczynkę? Uratowała mnie dopiero Hyodo Satsuki, radosna i nieco dziecinna jak na swój wiek szefowa kawiarenki z pokojówkami, Maid Latte. Pozwoliła mi pomagać w kuchni i roznosić „lżejsze” zamówienia, takie jak ciastko czy filiżanka kawy. Klientom mówiła, że jestem jej siostrzenicą.

Tak, kawiarenka z pokojówkami. Są bardzo popularne w Japonii, ich zadaniem jest poprawić ludziom humor, sprawić, żeby czuli się kochani i doceniani. Pracownice przebierają się w dosyć skąpe stroje pokojówek, ale nie po to, aby zwrócić uwagę zboczonych mężczyzn. Są to osoby o wielkich sercach. Na przykład Ayuzawa Misaki, przewodnicząca liceum Seika zmuszona do pracy przez problemy finansowe w domu. Zawsze odprowadzała mnie aż pod mieszkanie, bo bała się, że w nocy spotkam jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy.

Pewnego dnia jedna z pracownic, Hotoka przyprowadziła ze sobą do pracy swojego siostrzeńca. Tak właśnie się poznaliśmy.

- Amane-chan! – zawołała mnie szefowa. – Chodź, przedstawię ci kogoś!
Grzecznie przeprosiłam mężczyznę, któremu właśnie przyniosłam herbaty i skierowałam się w stronę kuchni. Moja przełożona stała tam wraz z jedną z pracownic i niskim, dosyć bladym, blondwłosym chłopcem o jasnobrązowych oczach.

- Amane, to jest Yamada Yukiteru, siostrzeniec Hotoki-chan. Musiała go dzisiaj wziąć do pracy. Zrób sobie przerwę i pobaw się z nim, dobrze?

Skinęłam głową, a kobiety opuściły pomieszczenie. Zamiast zacząć rozmowę, patrzyliśmy sobie w  oczy, oceniając siebie nawzajem.

- Ile masz lat? – spytałam w końcu.

- Osiem. – odparł po chwili.
Jako dzieciak, nie zastanawiałam się, zanim coś zrobiłam, więc stanęłam bliżej niego i porównałam nasz wzrost.

- Kłamiesz! Ja też mam osiem, a jesteś ode mnie prawie o głowę niższy! 

- Przestań! To, że jestem niski, nie znaczy, że gorszy!

- Dobra, dobra. – mruknęłam i wyjęłam z mojej torby mangę. Usiadłam pod ścianą i podkuliłam nogi. Czarno-biała  sukienka, którą miałam zamiast tradycyjnego stroju pokojówki, była długa więc mogłam w niej przyjąć praktyczne każdą pozycję do czytania.

- Manga? – spytał chłopak. – Jesteś Otaku?

- Tak! – odparłam zgodnie z prawdą, mając nadzieję, że w końcu odnajdziemy wspólny język.

Prychnął.

- Mangozjeb!

To bolało.

- Paaaaaaniiiii Hyooooodoooo! – krzyknęłam, przeciągając samogłoski. – Yamada nazwał mnie mango…

- Dobra, dobra! – burknął, zasłaniając mi usta. – Przepraszam!
Tak właśnie wyglądały nasze rozmowy, aż do czasu kiedy skończyłam dziesięć lat i wyruszyłam na poszukiwanie miejsca dla półbogów takich jak ja. Myślałam, że wspomnienia o Yukkim zostaną w Japonii, wraz ze wspomnieniami kawiarenki, domu i ojca.

Myliłam się.





***





Przez dwa lata przeszukiwałam całą Azję, w poszukiwaniu miejsca dla półbogów o którym opowiadały mi Strażniczki. Po bezskutecznych poszukiwaniach, w wieku dwunastu lat postanowiłam udać się na lotnisko w Tokio, żeby polecieć do Europy, gdzie będę kontynuować swoje poszukiwania.

Weszłam do jednej z publicznych toalet, rozejrzałam się, czy nikogo nie ma i wyjęłam z torby tradycyjny, japoński  wachlarz. Rozłożyłam go, a przede mną zmaterializowała się Nue – piękna kobieta o śnieżnobiałych włosach i czerwonych jak krew oczach. Miała kocie uszy, lisi ogon i ptasie skrzydła - wszystko koloru świeżego śniegu. Na sobie miała białą Yukatę, a na ramieniu przewieszone wyszywane kwiatami, kolorowe kimono, które w Japonii ubierają kobiety na ślub. 

- W czym mogę pomóc? – spytała, gładząc swój ogon.

- Przemień się w człowieka. – nakazałam. – Wtedy porozmawiamy.

Kobieta wysłuchała mojej prośby. Zamknęła oczy i przemieniła się w Taigę Iseko – swoją pierwotną, śmiertelną postać którą była, zanim złamała specjalną pieczęć i stała się moją strażniczką. Była ciut pulchna, miała kasztanowe włosy i tego samego koloru oczy.

- A wiec, o co chodzi? – spytała.

- Załatw formalności związane z odlotem. – rozkazałam. – Lecimy do… Polski, samolotem odlatującym o czternastej. Będę obok i zagnę Mgłę, jeśli będzie trzeba.

Kobieta skinęła głową i wyszłyśmy z łazienki.

Półtorej godziny później, szukałam swojego miejsca w samolocie. Znajdowało się prawie na końcu. Chciałam zająć miejsce obok okna, ale z tego co nam powiedziano, było już zarezerwowane.

A siedział tam…

- Yukiteru-kun?

Zwrócił się w moją stronę. Przez chwilę, na jego twarzy widać było niedowierzanie, ale szybko zastąpił je szelmowski uśmieszek.

- Co tak nagle, po imieniu, Miura?

- Z-Zamknij się i powiedz co tu robisz!? Sam!

- To raczej ty mi powiedz, dlaczego zniknęłaś ze świata na dwa lata i nagle pojawiłaś się tutaj jak gdyby nigdy nic!

- To długa historia…

- Cóż, ja bez skrycia mogę ci powiedzieć, że lecę do ojca, do Polski.

- Twój ojciec mieszka w Polsce?

- Mama jest japonką, a on polakiem. Tak w sumie, to ja… Jestem efektem wakacyjnego romansu. Ale mama ma kłopoty finansowe, a on na szczęście zgodził się w tym czasie się mną opiekować, dopóki sytuacja się nie polepszy.

- Chcesz do niego lecieć?

- Cóż, nie znam go. Trochę obawiam się tego spotkania. Nie mamy ze sobą nic wspólnego

Do głowy wpadł mi nieco głupi pomysł.

- A może byś tak… wyruszył razem ze mną?

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Alice


Nie wiem, czy bardziej bałam się przybycia Pana Da Silva, czy upadku i rozwaleniu sobie karku o blat stołu.  
Próbowałam rozhuśtać się na krześle do którego byłam przywiązana, aby sięgnąć związanymi dłońmi nóż znajdujący się na ławie za mną. Był jeszcze mokry, po tym jak oprawca opłukał go z mojej krwi.  

           Na razie, ograniczył się do nacinania moich  i posypywania ran proszkiem, co skutkowało bólem większym niż samo kaleczenie. Miałam też szramę na policzku. Podczas tego zemdlałam przez ogrom bólu, a kiedy się obudziłam, tego brutala już nie było. Postawiłam wykorzystać to i spróbować uciec.  

             Ława była niska, więc jeśli odpowiednio bym się przechyliła i nie runęła w dół, miałabym szansę złapać nożyk w związane z tyłu ręce.  

Bujnęłam się jeszcze raz i poleciałam do tyłu. Pisnęłam cicho w obawie upadku, Ale zamknęłam oczy i jakimś cudem złapałam rękojeść miedzy dwa palce. Ostrze przyjechało po moim prawym nadgarstku, ale nie zrobiło mi większej krzywdy. Oparcie krzesła napotkało blat ławy, chroniąc mnie przed roztrzaskaniem o nią karku.  

         Westchnęłam z ulgą i podjęłam się rozcięcia więzów krępujących moje nadgarstki. Kiedy w końcu mi się udało, zabrałam się za pozostałe sznury. Po pięciu minutach byłam wolna.  

      - Co teraz? - szepnęłam, rozglądając się po pomieszczeniu. Mój wzrok napotkał pierścionek, w którym miałam ukryty miecz. Chwyciłam go, a mój wzrok padł na starą apteczkę, którą zapewne zostawiła tu ekipa eksplorująca kiedyś okolice świątyni. Odkryłam w niej bandaże, leki, wodę utlenioną i kilka innych, przydatnych rzeczy. Powinnam się pospieszyć, ale jednocześnie musiałam opatrzeć swoje rany.  

          Nagle, coś huknęło. Drzwi wyleciały z zawiasów. Natychmiast przywołałam miecz i zamachnęłam się nim. Spojrzałam na gości i stwierdziłam, że przykładam czubek miecza do krtani mojego brata. Zaskoczona upuściłam broń.  

      - Alice! - Zza Alabastera wyskoczył Nico. - Żyjesz!  


         Prawdopodobnie miał zamiar zamknąć mnie w ucisku, ale Amane szturchnęła go łokciem. 

       - Przesuń się, baka! Nie widzisz, że jest cała poraniona?! Poprzytulacie się, jak ją opatrzę.  

       - Jak mnie znaleźliście? - spytałam, kiedy Japonka przemywała moje rany z pomocą swojej mikstury.  

       - To dzięki AmaMiurze. - przyznała Sadie. - Mnie tez porwało to… Wasze greckie cuś. Ona to widziała i podążyła naszym śladem. Rano doprowadziła tu resztę. Zaraz po tym jak mnie znaleźli i ocucili.  

       - Stop! Rano… która godzina!? Do zachodu słońca musimy zabić Pytona!  

       - Mój zegarek jest zaprogramowany na inną strefę czasową. - poinformował Carter. 

       - Sądząc po pozycji słońca, jest około dwunastej. - stwierdziła córka strażniczek, nie przerywając opatrywania mojej prawej ręki. - Zachód słońca będzie około dwudziestej… No, teraz wystarczy zająć się tą szramą na policzku. 

       - Dlaczego po prostu nie dać jej ambrozji? 

       - Ambrozja nie zatamuje krwawienia, nie przeczyści ran, a jedynie je zasklepia… Poza tym, nie wiadomo które rany zostaną uleczone , a zajęcie się nimi wszystkimi kosztowało by jej bardzo wiele. Jeśli ambrozja by się nie skończyła, to Alice zaliczyłaby gorący zgon w stylu a la feniks.  

       - Ja się tym zajmę. - Nico podszedł do mnie i delikatnie przemył nacięcie, którym Da Silva "ozdobił" mój policzek. Syknęłam cicho, kiedy mikstura Amane zetknęła się z moją skórą. Skupiłam wzrok na synu Hadesa, sięgającemu po plaster. Skaleczenie nie było głębokie, więc powinien wystarczyć.  

           
            Chłopak przykleił plaster do mojego policzka i  uśmiechnął się lekko. Uśmiech był lekki, mógł w każdej chwili zniknąć, zwiany przez jeden zły gest, źle dobrane słowo, a nawet podmuch wiatru. Widząc to, zrobiło mi się cieplej na sercu.  

       - Hej! - ten cudowny moment przerwał Carter. - musimy się spieszyć!  

             Odwróciłam wzrok od Nico i szybko wstałam.  

       - Gdzie Da Silva? - spytałam. - I pan Belasco? 

       - Jaki Da Silva?  

       - No tak. Pewnie to nie spotkaliście… zająknęłam się.  

       - Bruno Da Silva. Koleś pracujący dla Chaosu. - wyręczyła mnie Sadie. - To on nie pobił. A twoje rany to pewnie też przez niego tak? 

           Skinęłam głową. Nico zacisnął dłonie w pięści i mruknął parę źle brzmiących słów, chyba włoskich przekleństw i wyzwisk pod adresem mężczyzny.  

       - No to… Co z panem Belasco? - powtórzyła moje pytanie Oko Izydy.  

       - Szykuje się długa historia… 

         Amane, Alabaster, Carter i Nico w skrócie opowiedzieli nam, jak to wyglądało. Tak naprawdę, najwięcej mówiła Amane, bo brała w tym duży udział. Chłopcy czasami tylko coś dodawali.  

        - Czyli, że my dwie plus pan Belasco zostaliśmy opętani przez Ejdelony… A naszego przewodnika zastąpił zmiennokształtny? - zrozumiałam pod koniec opowieści.  

       - Gdyby nie Amane, nie wiadomo co by się teraz działo. - przyznał Alabaster. - Ale jesteś moją siostrą i jak sami się przekonaliśmy, prawdopodobnie dałabyś radę uciec.  

       - Ja też dałabym radę! - żachnęła się Sadie. - Ale po mnie przyszliście pierwszą, więc nie miałam na to czasu.  

       - Żadna z was by nie uciekła, bo drzwi były zamknięte na klucz. - Ucięła Miura. 

       - Zwykłe He-dżi załatwiłoby… 

       - Cii! 

              Z zewnątrz słychać było dźwięk przesuwania płachty, a następnie kroki pośród roślinności. Zajrzałam ostrożnie przez okno i zobaczyłam mojego oprawcę idącego wyraz z naszym przewodnikiem w stronę drugiej przyczepy, w której wcześniej była Sadie.  

       - Sprawdzimy co u dziewczynek. - powiedział Da Silva. - myślę, że blondyneczkę pomęczę trochę mentalnie. A rudą… Przyduszę ją trochę. Ludzie od brudniej roboty jeszcze nie przyjechali. Nie jestem typem lubiącym gimnazjalistki.  

             Pan Belasco, a raczej duch znajdujący się w jego ciele, nie wyglądał na zbyt zainteresowanego jego planami. Odwrócił się w naszą stronę. Jego oczy błyszczały złotem.  

       - Tutaj są! 

Bruno obrócił się i gdy tylko napotkał mój wzrok, zaczął biec w stronę przyczepy, w której byliśmy. Wyjął z pochwy sztylet z cesarskiego złota. Ejdelon biegł za nim.  

       - Uwaga! - krzyknęłam. Wszyscy przywołali nasze miecze, a Carter i Sadie wyjęli swój sprzęt z duat 

              W tym momencie, dwóch mężczyzn wpadło do przyczepy. Da Silva zaczął wściekle wymachiwać sztyletem, raniąc Alabastera w bok. Mój brat syknął z bólu, ale przycisnął koszulkę do rany i walczył dalej.  

Było nas więcej, ale nie mieliśmy drogi ucieczki. Zaczęliśmy się cofać. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy Amane zniknęła.  

       - Płomień!  

Japonka zaskoczyła mężczyznę od tyłu, przeszywając jego serce mieczem będącym materializacją jej duszy. Bruno padł nieprzytomny na ziemię, a ja wraz Sadie zaczęłyśmy go kneblować i wiązać za pomocą taśmy klejącej i liny, które zostawił tu wcześniej kiedy mnie kneblował.  

Miura popatrzyła groźnie na Ejdelona ukrytego w ciele pana Belsco, celując w niego czubkiem miecza.  

       - Jeden krok, a zaatakuję ciebie. A jak wiesz, płomień jest idealny do zabijania duchów jak ty.  

       - A co jak wcześniej… - duch sięgnął po sztylet upuszczony przez Da Silvę. - pozbędę się tego ciała? 

       - Nie zrobisz tego! - krzyknęłam. - On nie ma z tym nic wspólnego!  

       - Jestem właścicielem tego ciała i zrobię z nim co zechcę. - przyłożył czubek ostrza do swojej szyi uśmiechając się przy tym szaleńczo. Z rany polecisła krew. - Ten mężczyzna umrze, a ja bezpiecznie przeniosę się do innego ciała.  

       - NIE RÓB TEGO! - krzyknęła czarnowłosa i rzuciła się na niego ze swoim mieczem. Przecięła go na pół, a mężczyzna upadł nieprzytomny, jednocześnie wbijając sobie ostrze w krtań.  

             Zapadła martwa cisza. Z szyi mężczyzny zaczęła lecieć stróżka krwi. Amane uklękła na ziemi, ignorując czerwoną ciecz.  

       - Znowu ktoś umarł… przeze mnie.  

Znowu?