Nie zdawałam sobie
sprawy, jak ważne podczas mojej wyprawy było dla mnie towarzystwo drugiego
człowieka.
Może i
Yamada był śmiertelnikiem. Może i przekonanie go do współistnienia bogów i
istot z wielu religii zajęło mi cały lot. Może uwierzył dopiero wtedy, kiedy
zaciągnęłam go do damskiej toalety na warszawskim lotnisku i kazałam Iseko
przybrać postać Nue. Dopiero kiedy do mnie dołączył zdałam
sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebowałam towarzystwa zwyczajnego
człowieka.
Długie przebywanie ze mną sprawiło, że
powoli zaczynał widzieć przez mgłę. Pokazywałam mu magiczne stworzenia, pytałam
jak on je widzi i opisywałam ich prawdziwy wygląd. Co prawda, często się
kłóciliśmy, a do mnie przyległo przezwisko "Mangozjeb". Ja zaś
nazywałam go "Baka" czyli po naszemu "Idiota". Ale tak na
serio, to chyba się lubiliśmy. Nasze zachowanie było wynikiem tego, że oboje
odnosiliśmy się chłodno do bliskich nam ludzi. U nas w Japonii takie osoby są
nazywane Tsundere.
Wracając, kiedy akurat się nie kłóciliśmy, umieliśmy się całkiem nieźle
dogadać. Chociaż w sumie nie wiem, jak wyglądałyby nasze relacje i… Czy Yukki
skończyłby tak jak skończył, gdyby nie jedno wydarzenie.
******
- Szybciej, Yamada! -
krzyknęłam, ciągnąc chłopaka za rękę.
Nie spodziewałam się, że poza Azją
dojdzie do sytuacji, w której będziemy uciekać przed stadem zjaw. W Japonii
jest ich najwięcej ze względu na dużą liczbę samobójstw ludzi z powodu pracy i
urozmaicony świat duchowy będący częścią naszej kultury.
W
innych krajach jednak też się pojawiają. Ayakashi to dusze zmarłych, którzy
podczas śmierci byli skażeni grzechem, samookaleczali się lub popełnili
samobójstwo. Może pozostali ludzie widzą je w innej postaci, zależnie od
religii czy kultury, ale jako, że i mi i blondynowi najbliższa była Japonia,
właśnie gonił nas fioletowy wilk i jaskrawa żaba z jednym okiem, a nad nami
leciała neonowa ćma.
Taaa, takie zjawy
znajdziecie w kraju kwitnącej wiśni.
- Szybciej! -
krzyknęłam po raz kolejny
- Nie mam takich
długich nóg jak ty! - wysapał. - Nie nadążam!
Yukiteru był śmiertelnikiem, a ja
półboginią, więc możliwe, że gdybym ja pobiegła, a on się ukrył, Ayakashi
popędziły by za mną ignorując go. Jednak podczas ucieczki nie było czasu o tym
myśleć.
Pociągnęłam go w
uliczkę, która okazała się ślepa. Zaklęłam mierząc wzrokiem stwory otacząjące
nasz z każdej strony. Podczas pogoni dołączyło więcej osobników: Od malutkiego,
fioletowego kotka po pająkopodobną zjawę wielkości małego domu jednorodzinnego.
- Ukryj się! -
zażądałam. Chłopak jedynie ukląkł i zaczął grzebać w swoim plecaku.
Zanim zdążyłam to
skomentować, rzucił się na mnie widmowy wilk.
Zrobiłam unik i kopnęłam zjawę w
podbrzusze. Odskoczyłam do tyłu i wyjęłam z włosów spinkę, przemieniając ją w
miecz.
Wilk się pozbierał i
miał zamiar ponownie się na mnie rzucić. Tym razem byłam szybsza. Wykonałam
wślizg do przodu i zamachnęłam się ostrzem. Nawet Błogosławiona Platyna nie
działa zbyt skutecznie na zjawy, więc na ciele stworzenia powstała rana, która
jedynie je spowolniła i chwilowo unieszkodliwiła zwierzę.
W tym samym momencie, zostałam
stratowana przez odnóże ogromnego pająka. Moja broń poleciała na koniec
uliczki, z brzdękiem uderzając w chodnik
Ayakashi podniósł
ostre odnóże, zamierzając przebić mnie nim na wylot.
Wtedy, Yamada złapał stwora za inną
kończynę i wkładając w to całą siłę, za pomocą podarowanego mu przeze mnie
sztyletu odciął mu ją od reszty ciała. Uskoczył, żeby nie zostać przygniecionym
przez upadające cielsko i zderzył się z ogromną żabą.
Zamachnął się i wbił
swoją broń w brzuch bestii aż po rękojeść . Tak dużemu stworowi nie zrobiło to
zbyt wiele. Sztylet prawie natychmiast wypadł z rany, z której zaczęła
wylatywać trującą Shouki. Blondyn upadł i zaczął się krztusić
- Yukiteru! -
wrzasnęłam i zerwałam się z ziemi mając zamiar zabić zjawę gołymi rękami. Żabie
Ayakashi zaczęło owijać długi język wokół mojego przyjaciela.
Nagle, wokół mnie zawirowały
płomienie. Instynktownie zamknęłam oczy. Poczułam nagły przypływ mocy, a gdy
rozchyliłam powieki, poczułam w rękach ciężar. Dzierżyłam długą, czarno-złotą
katanę. Byłam nieco zdziwiona jej nagłym pojawieniem się, ale przerzuciłam ją
do prawej dłoni i rzuciłam się na zjawę.
Ostrze przeszło przez żabę jak przez
ciepłe masełko. Zniknęła w rozbłysku światła, a Yukki upadł na ziemię. Pomogłam
mu wstać i chwyciłam jego plecak. Nie dbałam nawet o to, czy był zamknięty.
Torowałam nam drogę
przez Ayakashi, blondyn odzyskał sztylet i pomagał mi jak mógł. W końcu,
wybiegliśmy na ulicę i zatrzymaliśmy się aby złamać oddech. Zero zjaw wokół.
Nagle, rozległo się klaskanie. Zza rogu
wyszedł mężczyzna w ulizanych, czarnych włosach i okularach przeciwsłonecznych.
Na sobie miał nieznany mi mundur.
- Więc rzeczywiście
posiadasz płomień. - powiedział. - Miuro
Amane, dziewczyno wybrana przez niebiosa. Masz rozkaz udania się za mną. Od
dzisiaj jesteś własnością organizacji ŚWIT.
******
- Stop! - krzyknął
Yamada, przyciągając mnie do siebie. - Jaką znowu własnością!? Na pewno nie
twoją!
- Bronią przywołaną
przez panią Miurę jest Płomień. Broń będąca materializacją duszy. Normalnie
dzieciaki z potencjałem po ukończeniu gimnazjum mają wstrzykiwany specjalny
środek który w niektórych przypadkach powoduje jego przywołanie. - wskazał na nas palcem. - A wy, uciekliście
z kraju, więc nie możecie zostać przebadani! Zostaniecie teraz
przetransportowani do laboratorium. Pani Miura będzie pod stałą obserwacją. To
konieczny środek, kiedy płomień wykształca się naturalnie. Przejdzie też
trening bojowy. Pan Yamada zostanie dokładnie przebadany, w celu wykrycia
obecności płomienia.
- Nigdzie nie idę! -
zaprotestowałam. - Yukiteru-kun również!
Nagle, otoczyli nasz
uzbrojeni ludzie. Przyjechał czarny samochód.
- Jedziecie
z nami. - zażądał mężczyzna. - W przypadku protestu spotka was śmierć!
******
Laboratorium ŚWITU znajdowało się w
Hiszpanii, był to ogromny kompleks na pustkowiu, ogrodzony sześciometrowym,
kolczastym ogrodzeniem pod napięciem. Wokół ogrodzenia ustawione były straże.
Budynek miał pięć
pięter, a drugie tyle podobno rozciągało się pod ziemią. Ściany były sterylnie
białe, a okna małe i prostokątne. Jedyną zaletą tego miejsca były duże ogrody,
służące zapewne jako "wybieg" dla obiektów badań.
Zostaliśmy wprowadzeni przez strzeżoną
kodem bramę, przeszliśmy przez chodnik aż do drzwi wejściowych, również
strzeżonych kodem. Następnie wepchnęli nas do windy i pojechaliśmy na wyższe
piętro. Jak się okazało, nie było tu schodów.
Piętro drugie
okazało się być częścią mieszkalną. Ściany były pomalowane na matową żółć, mdłe
światło sączyło się z lampek zamątowanych w suficie. Zatrzymali nas przed
pokojami numer dwadzieścia i dwadzieścia jeden.
- To są wasze pokoje.
Zostaniecie tu zamknięci i zaczekacie na dalsze rozkazy. - powiedział facet w
mundurze.
Zanim zdążyłam
zaprotestować, dwóch uzbrojonych mężczyzn pchnęło mnie do dwudziestki,
zatrzaskując za mną drzwi. Usłyszałam dźwięk elektrycznego zamka.
- WYPUŚĆCIE
MNIE! - krzyknęłam, waląc w drzwi. Albo nie zwracali na mnie uwagi, albo były
dźwiękoszczelne, bo nie usłyszałam odpowiedzi.
Zrezygnowałam i ruszyłam obejrzeć mój
"apartament". Muszę przyznać, był luksusowy, ale jednocześnie taki…
Skąpy i nijaki.
Podobnie jak na korytarzu, ściany
były matowo żółte. Po prawej stronie od drzwi stał ogromny regał wypełniony
książkami. Na lewo miękka brudno-szara kanapa i tego samego koloru fotel
ustawione naprzeciwko ogromnego telewizora. Nie było tam żadnych dekoracji,
obrazów a nawet dywanu. Chociaż sprzęt i meble wyglądały na drogie, w
pomieszczeniu panowała niepokojąca pustka.
Ku swojej uciesze,
odkryłam też dwie grube szyby po dwóch stronach pomieszczenia, ukazujące pokoje
obok. W tym po prawo, zobaczyłam Yamadę machającego do mnie.
Podeszłam najbliżej
jak mogłam. Obok lustra znajdował się mikrofon, zapewne po to, żebyśmy mogli ze
sobą gadać.
- Słyszysz mnie? -
spytałam do urządzenia.
- Głośno i wyraźnie.
- odpowiedział. Jego głos dochodził z głośnika zamontowanego obok mikrofonu. -
Co robimy?
- Na razie możemy
tylko czekać. - odparłam. - Ale nie mam zamiaru tu zostać.
- Ja też. - potaknął.
- Musimy znaleźć drogę ucieczki… Czekaj, ktoś jest w tamtym pokoju!
Odwróciłam się w
stronę drugiej szyby. Po drugiej stronie stała dziewczyna, chyba w naszym
wieku. Była nieco niższa ode mnie, ale nadal znacznie przewyższała Yamadę.
Miała rude włosy sięgające do bioder i czerwone oczy, które przymrużała, lekko
się uśmiechając. Na uszach miała kolorowe słuchawki. W ustach miała czekoladową
pałeczkę Pocky. Ubrana była w dżinsy, koszulę w kratę i tenisówki. Jej twarz
pokryta była delikatnymi piegami. Rękoma dawała mi znak, żebym podeszła.
- Hej. Kim jesteś? -
spytałam, podchodząc do mikrofonu.
- Mów mi Chelsea. -
odparła. Miała nietypowy, wysoki głos niczym jakaś słodka dziewczynka z anime.
- Ty i ten blondyn jesteście tu nowi, tak?
- Tak.
Co ty tu robisz?
- To samo co wy.
Jestem uwięziona w tym miejscu, bo odkryto we mnie ten cały płomień zanim
wstrzyknięto mi Lucyfera.
- Lucyfera?
- To ta substancja,
która umożliwia niektórym przyzwanie płomienia. Chociaż… nie zdziwiłabym się,
gdyby miała z szatanem więcej wspólnego niż tylko imię. Według mnie, wcale nie
jesteśmy "dziećmi wybranymi przez niebiosa", a przez to na dole.
Zapadła cisza, którą
przerwała rudowłosa.
- A wy?
Jak się nazywacie? Wyglądacie mi na Azjatów.
- Jesteśmy
z Japonii. - przyznałam. - Jestem Amane Miura, a to Yukiteru Yamada.
Wolelibyśmy, żebyś mówiła do nas po nazwiskach.
- Jak
chcecie. - wzruszyła ramionami. - Jak się tu dostaliście?
- Walczyliśmy ze
zjawami. - odpowiedziałam. Jeśli ta dziewczyna posiada broń będącą
materializacją duszy, nie powinien ją dziwić fakt istnienia takich stworzeń. -
Przegrywaliśmy i nagle… Otoczyły mnie płomienie, a w moich rękach pojawił się
miecz.
- Czyli
naturalnie wykształcony płomień powstały w wyniku dotkliwych przeżyć. -
zawyrokowała Chelsea. - pewnie miałaś ciężkie dzieciństwo, co?
- Tak, życie mnie nie
oszczędza. - przyznałam. - A ty, jak się tu dostałaś?
- Pochodzę
z bogatej, angielskiej rodziny. - powiedziała. - W sumie to nie pamiętam jak,
ale pokochałam strzelanie z pistoletu. Mieliśmy w domu własną mini-strzelnicę.
No i… Jako, że byliśmy bogaci, jacyś bandyci wzięli nas sobie za cel. Byłam
wtedy poza domem. Na własnych oczach widziałam, jak tata walczy z jakimś
facetem na balkonie, a potem zostaje z niego zepchnięty. - jej twarz przybrała
złowrogi wyraz. - Miałam ochotę rozstrzelać go i wszystkich innych na miejscu.
Nagle uaktywnił się mój płomień i… zrobiłam to.
- Rozstrzelałaś
ich!?
- Tak
myślałam. Załamałam się i myślałam, że zabiłam człowieka. Kiedy wezwałam
policję oni… Obudzili się. Kiedy zeznałam na posterunku co się stało, stwierdzili, że musiałam być tak rozchwiana
emocjonalnie, że miałam halucynacje. - westchnęła. - Tuż po tym przyjechały
"służby specjalne" i zabrały mnie tutaj.
- Jak
to możliwe, że tym ludziom nic się nie stało?
- Płomień
to materializacja duszy, więc skrzywdzi tylko ducha. No, podobno to możliwe
kogoś zabić płomieniem, jeśli właściciel tego chce, ale nie byłam aż tak
wściekła. - wyjaśniła. - Patrz!
Rudowłosa wykrzyknęła
"płomień", a wokół niej zawirował ogień. Zapłonęły także jej dłonie,
w których po chwili pojawiły się dwa, świecące na pomarańczowo pistolety.
- Płomień
za zwyczaj nie przyjmuje formy skompilowanej broni. - powiedziała Chelsea. -
Podobno powodem na to, że u mnie przyjął formę pistoletów jest to, że byłam z
nimi zżyta od dzieciństwa. A teraz odsuń się i patrz.
Odsunęłam się, a dziewczyna uniosła
swoją broń i wycelowała w szybę. Nacisnęła spusty i rozległ się huk. Byłam
pewna, że pociski rozbiją szybę, ale po prostu przez nią przeniknęły. Ze
świstem przeleciały obok mnie, a potem przeniknęły przez okno do pokoju
Yukiteru. Blondyn odskoczył przestraszony i patrzył na okno prowadzące do
następnego pokoju, w którym zniknęły.
- Tak to wygląda. -
zakończyła Chelsea.
- Czy… chcesz się
stąd wydostać?
- Jasne,
że tak! Tyle, że to niemożliwe. - westchnęła. - Wyjdziemy dopiero kiedy
będziemy w wieku szesnastu lat, czy jakoś tak. Wyślą nas do jakiegoś liceum we
Włoszech, gdzie uczą się dzieciaki jak my z całej Europy. Podobno jest po
jednej takiej szkole na każdy kontynent.
- A
może nam pomożesz? - spytałam. - We trójkę może damy radę uciec.
Rudowłosa
położyła palec na ustach.
- Nie
tak śmiało, wszędzie w pokojach ukryte są kamery. Tak, mogę wam pomóc. Spotkamy
się za dwie godziny w ogrodzie przy wschodnim skrzydle. Po tym, jak spotkacie się z dyrektorem tego miejsca,
powinni pozwolić wam poruszać się po części budynku.
- Dziękuję.
- uśmiechnęłam się. - Do zobaczenia.
******
Od tej rozmowy minął prawie rok, a my nadal nie zrobiliśmy żadnych postępów. Zbliżały się święta i przy okazji moje piętnaste urodziny. Ku mojemu zdziwieniu, nawet w laboratorium ŚWITU pojawiły się drobne świąteczne dekoracje. Rośliny w ogrodzie zostały przyozdobione lampkami, w części mieszkalnej rozwieszono świąteczne łańcuchy, nad drzwiami pokoi porozwieszano jemiołę, a w stołówce można było dostać pierniczki.
Mi jednak nie udzielała się ta odrobinka świątecznej atmosfery. Przytłoczona poczuciem uwięzienia i zależności od innej osoby straciłam chęć do życia. Wykonywałam tylko rutynowe czynności, bez walki poddawałam się badaniom i nie wymieniałam słowa z Yamadą i Chelsą. Czasami słyszałam rozmowy na temat mojej "przypadłości". Większość lekarzy twierdziła, że przejdzie mi jak tylko wyjdę do tego głupiego liceum.
Jednego z tych przytłaczających, szarych dni, podczas gdy leżałam jak długa na swoim łóżku, do mojego pokoju wpadł Yukiteru.
- Miura!
Był wyraźnie podekscytowany. Zwróciłam głowę w jego stronę, ale nie odezwałam się.
- Posłuchaj... - blondyn nie robił sobie nic z mojego niezaangażowania. - Razem z Chelsą znaleźliśmy słaby punkt tego miejsca! Chyba wiemy jak uciec!
- Chyba. - mruknęłam.
- Ale ja mówię serio! Nie chcesz uciec!? Widzę, jak nienawidzisz tego miejsca.
- Jesteśmy tutaj prawie rok. - warknęłam. - To nie możliwe, że znaleźliście drogę ucieczki dopiero teraz.
Nie wiem, dlaczego byłam tak rozdrażniona. Mógł to być kolejny efekt uboczny siedzenia w zamknięciu, lub zwyczajnie przeżywałam strasznie bolesny okres (if you know what i mean). Szczerze mówiąc, nie pamiętam.
- Może nie zostawiaj mnie z kwitkiem, tylko chodź do mojego pokoju, co? Tam powiemy ci z Chelsą, co znaleźliśmy.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Chodź!
Kiedy ten kurdupel zaczął mnie ciągnąć za ręce i ściągać z łóżka razem z pościelą, miarka się przebrała. Wyrwałam mu się, zgarnęłam pościel w ręce i rzuciłam mu ją na głowę.
- Odczep się ode mnie! - krzyknęłam i skierowałam się w stronę drzwi z zamiarem ucieczki na salę treningową. Tym razem jednak chłopak wykazał się refleksem i zastąpił mi drogę.
- Uspokój się na chwilę. - powiedział ze stoickim spokojem.
Zanim zdążyłam go obrzucić angiekskimi przekleństwami cisnącymi się na moje usta (nie ma ich zbyt wielu w japońskim słowniku). Złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Runęłam do przodu wpadając na niego. Chłopak drugą rękę położył na moich plecach i złączył swoje usta z moimi.
To był pierwszy i prawdopodobnie ostatni pocałunek w moim życiu.
Nie miałam pojęcia, jak zareagować. Nie wiem, jak to jest w innych krajach, ale u nas w Japonii najpierw wyznaje się komuś miłość i dopiero, kiedy związek osiągnie pewne stadium zaczynają się pocałunki. Są oczywiście osoby nie trzymające się tych zasad, ale jeszcze pare sekund temu, byłam gotowa zwyzywać go od idiotów, bezmózgów i karłów.
Jednak coś w moim sercu trzepotało. Po chwili oddałam pocałunek i pochyliłam się bardziej, żeby biedak nie musiał stawać na palcach. Czułam wypieki na policzkach, byłam niesamowicie szczęśliwa.
Po kilku chwilach, a może godzinach, odsunęliśmy się od siebie. Patrzyliśmy się na siebie nie wiedząc, co powiedzieć. Yukki nadal kurczowo trzymał mój nadgarstek.
- Jemioła. - powiedział w końcu.
- C-co?
- Jemioła. - powtórzył, wskazując palcem na zawieszoną nad drzwiami roślinę. - Według tradycji, jak dwie osoby są pod jemiołą, muszą się pocałować. Więc... Nie wymyśl sobie czegoś. Zrobiłem to tylko dla tradycji, okej?
Wyrwałam się z jego objęć, czerwona jak burak.
- O-oczywiście, że o tym wiedziałam! Tylko z tego powodu odwzajemniłam ten pocałunek! To nie tak, że lubię cię czy coś... Idioto.
Znowu zapadła cisza.
- To jak? - spytał blondyn. - Idziesz?
- Daj mi parę minut. - odparłam. - Muszę chwilę ochłonąć.
- No... Okej.
Wyszedł, nie zamykając drzwi. Usłyszałam jego głos.
- Obudziłeś się, kotku? - spytał kogoś, albo coś. - Wiesz... Strasznie urosłeś odkąd cię znalazłem. Niedługo będzie problem z ukryciem cię.
W odpowiedzi usłyszałam miałknięcie.
Czyli najwidoczniej jakiś kot przedostał się przez ogrodzenie, a Yamada o złotym serduszku go przygarnął. Może ten kociak jest nawet związany ze słabym punktem tej złotej klatki.
Nie wiedziałam, że prawda jest zupełnie inna.
******
Plan Chelsy i Yukiteru okazał się być nawet dobry. Słabym punktem bazy okazał się być podziemny przejazd, którym transportowane były podobno ogromne pokłady Lucufera. Jako, że to bardzo cenny środek, jego przewóz musi być ściśle tajny. Podczas zwiedzania budynku Yukiteru dotarł tam i został zatrzymany dopiero przy bramie, gdzie kontrolowany był towar i tożsamość kierowcy.
Plan był prosty: Obezwładnić strażników żeby nikt z zewnątrz się nie zorientował, ominąć kontrolę i wyjechać w opróżnionej ciężarówce jadącej niewiadomo gdzie. Ważne, by wyjść z tego bagna.
Akcję rozpoczęliśmy w sobotę z samego rana. O piątej trzydzieści zjedliśmy śniadanie, by przed szóstą być już w akcji. Chcieliśmy skorzystać z zaspania strażników, którzy dopiero co rozpoczęli dzienną zmianę.
Z plecakami na ramionach, szliśmy krętymi korytarzami. Co jakiś czas, kiedy na horyzoncie pojawiali się strażnicy, Chelsea obezwładniała ich z pomocą swoich pistoletów, a kiedy dochodziło do bliższego spotkania, do gry wchodziła moja katana.
Podziemy tunel znajdował się na minus drugim piętrze. Skradanie się tam zajęło nam dobre pół godziny, ale opłacało się.
Pierwsze pomieszczenie było czymś w stylu ogromnego hangaru, gdzie wyładowywane były pokłady Lucyfera. Szkalne pojemniki pełne dziwnej, błękitnej cieczy były ładowane na wózki towarowe i przewożone do laboratorium za pomocą windy.
- Jak pójdziemy dalej? - spytałam. - Za dużo tu ludzi.
Chelsea wskazała na ludzi ładujących jeden z wózków. Dwie kobiety i mężczyzna ubrani w robocze kombinezony.
To był kolejny dowód na to, ze mimo sprzeczek rozumieliśmy się bez słów. Wemknęliśmy się do sporej windy, ścisnęliśmy się w koncie i zaczekaliśmy, aż nasze cele wejdą i zamkną się drzwi. W tym momencie, Chelsea strzeliła kobietom w skroń, a ja uśpiłam mężczyznę za pomocą płomienia.
Nigdy nie pomyślałabym, że będę robić coś takiego, ale przynajmniej ich nie zabijaliśmy, tylko usypialiśmy za pomocą płomieni. Zaczęliśmy ściągać z ludzi kombinezony (na szczęście mieli zwykłe ubrania pod spodem) i sami się w nie ubraliśmy. Jako, że Yukiteru był strasznie niski musiał założyć damski kombinezon, a ja, największa musiałam założyć męski.
- Co teraz? -spytał blondyn.
- Ta winda porusza się tylko między dwoma piętrami. - zauważyłam. - Czyli między hangarem a miejscem, gdzie trzymają Lucyfera. Najbezpieczniej będzie udać się tam i rozładować wszystko, a potem wrócić i zakradnąć się do jakiejś ciężarówki.
- A co zrobimy z nimi?
- Ja wiem. - Chelsea wzięła przyczepioną do wózka linę, zapewne przeznaczoną do zabezpieczenia szklanych pojemników i zaczęła obwiązywać nieprzytomnego mężczyznę. Ja i Yukki zajęliśmy się pozostałą dwójką. Potem, nie wiem skąd, dziewczyna wytrzasnęła taśmę którą zakneblowała im usta.
- Okropnie się z tym czuję. - przyznałam.
- Ja też, ale kobieto, masz do wyboru wydostać się na wolność, albo pogodzić się ze swoim losem "dziecka wybranego przez niebiosa" ekhempiekłoekhem i tkwić tu jako szczur laboratoryjny do szesnastki, dopóki nie wypuszczą cię do tego dziwnego liceum, które zapewne tez okażę się więzieniem.
- Masz racę. - mruknęłam i spojrzałam na Yamadę. Był poddawany testom które miały wskazać obecność płomienia w jego ciele, ale nic nie wskazywało na to, że go posiada. Trzymają go właściwie tylko dlatego, że to z jego powodu mój płomień się uaktywnił. Co by się z nim stało, gdyby mnie zabrali do tego liceum?
Nie mając jak lepiej ukryć nieprzytomnych ludzi, po prostu zostawiliśmy nieprzytomnych przy jednej ze ścian prostopadłych do wejścia. Ja i Yukiteru poszliśmy rozładować Lucyfera a Chelsea pilnowała by nikt nie zauważył nieprzytomnych. Kiedy wróciliśmy, zobaczyliśmy kolejną osobę nieprzytomną na podłodze.
- Co tu się stało? - spytałam.
- Facet zorientował się, że nie jestem Elizabeth Jonson - wyjaśniła, wskazując na przyczepioną do jej kombinezonu plakietkę z imieniem i nazwiskiem jednej z obezwładnionych przez nas kobiet.
Zjechaliśmy z powrotem na dół i jak najszybciej wyszliśmy z windy, żeby nie zostać powiązani z nieprzytomnymi pracownikami których zostawiliśmy w windzie. Przyglądaliśmy się ciężarówkom oceniając, do której najlepiej będzie się wkraść.
- Tam! - blondyn wskazał na jedną z ciężarówek. - przyczepa jest duża i ciemna, możemy ukryć się za tymi pudłami.
Zaczekaliśmy aż zajmujący się rozładowywaniem Lucyfera pracownicy skierują się do windy i wskoczyliśmy do przyczepy. Ukryliśmy się za pudłami i czekaliśmy. Po chwili ciężarówka ruszyła.
Jesteśmy wolni!
******
Ciężko było rozstać się z Chelsą.
Ciężarówka zatrzymała się we Francji, gdzie zdecydowaliśmy się rozstać. Ja i Yukiteru postanowiliśmy udać się do Ameryki i tam szukać schronienia dla półbogów, a Chelsea chciała udać się do swojej dalekiej rodziny mieszkającej w Wielkiej Brytanii, gdzie mogła się w miarę szybko dostać będąc we Francji. Próbowała nas nakłonić, żebyśmy zostali tam z nią przez jakiś czas, ale odmówiliśmy.
We Francjii zostaliśmy tydzień, a potem skierowaliśmy się do Ameryki południowej. Kolejny postój postanowiliśmy zrobić w Peru.
Coraz częściej zauważałam u Yamady dziwne zachowania. On zawsze był gburowatym idiotą, ale każdego dnia było coraz gorzej. Stał się zimny i oschły jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Był strasznie sarkastyczny, bardzo łatwo wpadał w gniew. Niepokoiło mnie to. Przez głowę przeszła mi myśl, że może opętało go Akashi, ale szybko odrzuciłam tą myśl. Od incydentu z płomieniem nie spotkaliśmy jeszcze żadnych zjaw, a mogą one opętać tylko kogoś napędzanego bardzo przykrymi emocjami, a nie mam pojęcia, kiedy chłopak mógłby takowych doświadczyć. Jedynym takim zdarzeniem mogło być rozstanie z Chelsą, ale wtedy nie wyglądał na zbyt zrozpaczonego. Mogło to też być coś wcześniej czym nie miał czasu się martwić pidczas naszej ucieczki.
Zupełnie jakbyśmy zamienili się nastrojami. Jeszcze tak niedawno temu ja byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Ale wracając do naszej już zbliżającej się ku końcowi historii...
- Yamada. - powiedziałam stanowczym tonem. - Musimy porozmawiać.
- Nie. - odparł tylko, a jego głos tłumiony był przez poduszkę w której ukrywał twarz. Ze względu na to, że udawaliśmy rodzeństwo, musieliśmy dzielić w hotelu jeden pokój.
- Tak. Widzę, że coś cię gryzie.
- Odwal się.
- Chłopie, zachowujesz się jak kobieta z okresem. Co jest nie tak!?
- Przecież mówię, że nic! - krzyknął, zrywając się z łóżka. Jego oczy były puste. Nie było wątpliwości, coś go opętało.
- Dlaczego? Co cię tak dotknęło, że dałeś się zawładnąć zjawie?
Nie spodziewałam się odpowiedzi od chłopaka, a od kierującego nim Ayakashi. Nie zawiodłam się.
Na ramieniu mojego przyjaciela zmaterializował się czarny, widmowy kociak sczerzący się niczym ten z "Alicji w Krainie Czarów". To musiał być ten kotek do którego mówił Yamada do wyjściu z mojego pokoju! Musiał wskoczyć mu do plecaka podczas walki z Ayakashi a kiedy on go odnalazł to pomyślał, że jak małe i słodkie to nieszkodliwe.
- "To nie tak, że cię lubię czy coś... Idioto!" - zacytowała zjawa dziwnym, wysokim głosem. - "O-oczywiście, że o tym wiedziałam!".
Na początku, nie miałam zielonego pojęcia, o co chodzi. W końcu do mnie dotarło.
- Tym się przejąłeś!? - krzyknęłam, tym razem bezpośrednio do chłopaka. - Sam powiedziałeś, że to zrobiłeś tylko ze względu na jemiołę! Bałam się twojej reakcji, gdybym powiedziała prawdę!
- Kłamiesz... - warknął. - Kłamiesz!
Rzucił się na mnie, powalając mnie na ziemię. Na szczęście z naszej dwójki ja byłam ta silniejsza. Uwolniłam się i odeszłam od niego, stając w pozycji obronnej.
Myślałam, że wznowi atak, ale po prostu zerwał się z podłogi i pobiegł w stronę holu.
Przyzwałam płomień i popędziłam za nim. Skierował się do kuchni, biegłam za nim, a przed sobą słyszałam krzyki potrąconych przez niego ludzi.
Pobiegłam za nim i nie zwracając uwagi na tłum podążałam w jego kierunku. Jakaś kobieta oblała się wrzątkiem. Blondyn wyrwał nóż jednemu z kucharzy kalecząc go w palec i pobiegł dalej. Zatrzymał się dopiero na tyłach hotelu.
- Błagam, Yukki. - wydyszałam. - Przestań.
Kiedy usłyszał zdrobnienie swojego imienia z moich ust, przez chwilę w jego oczach pojawiły się iskierki, które jednak szybko zgasły. Myślałam, że rzuci się na mnie z nożem, ale zamiast tego skierował ostrze w stronę swojej szyi.
Kot na jego ramieniu. Jeden ruch, Yukiteru traci przytomność, zjawa zniszczona. Uniosłam płomień i zamachnęłam się.
Sekundę za późno.
Nieprzytomny chłopak upadł, nabijając swoją krtań na czubek noża.
Nie mogłam pohamować łez, spływających po moich policzkach. Bliska mi osoba zginęła przeze mnie. Próbowałam wmówić sobie, że to tylko zły sen.
Tak samo jak teraz, kiedy patrzę na martwego Pana Belasco.
"I znów powtarza się tragedia... Ukryta gdzieś w ciemności twarz złowieszczo się uśmiecha. Nie chcę już nikogo stracić, więc wyciągam katanę."*
Postanowiłam. Nie pozwolę umrzeć nikomu, kto jest ze mną w tej wyprawie.
-------------
* Cytat na końcu zaczerpnięty z piosenki Liar Mask.