Rozdział XVI
Alice
Tylko tyle mogłam stwierdzić, bo miałam opaskę na oczach, a w ustach jakąś szmatę.
Ostatnie co pamiętałam, to przebudzenie w nocy, tylko, że... Patrzyłam na siebie z boku. Nie panowałam nad sobą. Coś kazało mi iść w głąb dżungli i jakimś cudem nic mnie nie zaatakowało. Doszłam jakiegoś starego obozowiska. Weszłam do przyczepy. I tylko tyle pamiętam. Pewnie właśnie znajdowałam się w tej przyczepie.
Z nosa leciało mi coś ciepłego. Chyba był złamany. Moja głowa pulsowała bólem.
Zaczęłam się szarpać, co było praktycznie niemożliwe ze związanymi nogami jak i rękami. Prędzej wywalę się razem z krzesłem, niż się uwolnię.
Usłyszałam szczękniecie klamki. Szybko schyliłam głowę, udając, że śpię.
- Dobrze wiem, że nie śpisz. - poinformował szorstki, męski głos. Ktoś podszedł do mnie, wyjął mi szmatę z ust i rozwiązał opaskę. Ujrzałam mężczyznę z kwadratową szczęką, włosami obciętymi na jeża i zrośniętymi brwiami. Na sobie miał... spodnie od pidżamy, niebieską koszulkę i fartuch z napisem "pocałuj kucharza".
Normalnie zaczęłabym się śmiać, ale tym razem postanowiłam krzyczeć.
- Puść mnie!? Jak ja się tu znalazłam!? Kim ty jesteś!? Po co ci tutaj ten fartuch!? - wrzeszczałam.
- Po pierwsze, nie, nie puszczę cię. Po drugie, zaraz ci pokarzę. Po trzecie, Bruno da Silva. Po czwarte, wiodę podwójne życie. Kiedy akurat nie pracuję dla sił Chaosu, pomagam żonie w prowadzeniu jej dwugwiazdkowej restauracji w pobliskim miasteczku.
- Ambitnie. - odparłam, udając zainteresowanie. - Ten fartuch ze względu na nią i nie zdążyłeś go zdjąć?
- Dokładnie. - chyba złapał przynętę. - Zawsze marzyła o prowadzeniu luksusowej restauracji. Gdy tym światem zaczną rządzić inne zasady, wszyscy zaczną u niej jeść!
Uśmiechnęłam się.
- To dlatego pracujesz dla Chaosu?
- W większości. Ale jest to też jedna z niewielu prac, w której można używać przemocy fizycznej jak i psychicznej. A ja bardzo lubię ją stosować i jestem tutaj, żeby cię trochę pomęczyć.
Serce podeszło mi do gardła.
- A więc, odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie: Oto, jak się tu znalazłaś. Zaczynamy seans.
Postawił przede mną stolik i ustawił na nim laptop. Włączył nagranie.
Z niedowierzaniem patrzyłam, jak okrążają nas potwory. Ja, Sadie i Pan Belasco śmiejemy się upiornie. Kiedy Nico wzywa nas do walki, wyrywam mu miecz i gryzę w ramię. Osuwa się na ziemię. Widać, że traci przytomność.
Nagranie kończy się, kiedy Amane wbija nóż w moją szyję.
- Prawie zabiłaś tego swojego kochasia. - wymruczał mężczyzna.
- N-Nie... To na pewno montaż. Poza tym, nie przeżyłabym tego.
- A jednak przeżyłaś. A my cię zabraliśmy, żeby jeszcze trochę cię pomęczyć.
- Nie!
- Tak! - Wrzasnął i ponownie uderzył mnie w nos, powodując kolejny krwotok. Teraz już na pewno był złamany. - Masz się nie odzywać, albo znowu wepcham ci tą szmatę do ust. Jasne?
Pokiwałam lekko głową. Kątem oka zobaczyłam leżący niedaleko pierścień. Gdyby udało mi się go dosięgnąć...
- Nawet o tym nie myśl. - warknął da Silva. - trochę pocierpisz, zanim stąd wyjdziesz.
******
Nico
Amane rzuciła sztyletem w kark Alice, a ta rozsypała się w pył.
Oniemiały patrzylem na złote drobinki poruszane przez wiatr. Niektóre osiadły na moich włosach. Przypomniał mi się dzień na peronie, kiedy jechaliśmy do nowego Rzymu. Zaatakowali nas wtedy Lajstrynogowie. Ten pył tak pięknie wyglądał wśród jej ognistych loków...
Miura kilkoma ruchami swojej katany zmieniła Sadie, Pana Belasco i potwory w pył. Staliśmy w zupełnym osłupieniu próbując przetrawić to, co się właśnie stało.
- To nie były one. - powiedziała Japonka, przemieniając swoją broń we wsuwkę do włosów. - To byli zmiennokształtni.
- Zmiennokształtni...? - spytałem słabo. - Co... To jest?
Podobno jak Migale, którą już kiedyś spotkaliście, pochodzą ze świata granic. Można je zabić tylko bronią pobłogosławioną przez moje matki... - Złapała się za głowę. - bogowie, jak to źle brzmi! Tak czy siak, można je zabić tylko pobłogosławioną bronią, taką jak wasza. Otrzymaliście ten dar po przejściu prób. Można też używać broni z wszechmocnej platyny.
- To z niej masz zrobiony miecz? - spytał Alabaster.
- Tak jak resztę broni. W Świecie Granic są specjalne kopalnie, gdzie wydobywany jest ten metal.
- Starczy! - wrzasnąłem. Wszyscy umilkli. - Miura... Gdzie są Alice i Sadie?
- Zbiera się na dłuższą opowieść... - mruknęła dziewczyna i zaczęła tłumaczyć. - Kiedy wszyscy zasnęli, Pan Belasco i Sadie nagle wstali i wyszli z samochodu. Przez chwilę zobaczyłam ich oczy. Były złote, czyli zostali opętani przez Ejdelony. Postanowiłam ich śledzić. Dotarliśmy do jakiegoś starego obozowiska badawczego. Sadie weszła razem z panem Belasco do jednej z przyczep. Obserwowałam przez okno. Widziałam, jak Sadie Nagle osuwa się na ziemię, A pan Belasco przywiązuje ją do krzesła. Następnie udał się do drugiej, pustej przyczepy i siedział tam w bezruchu. Postanowiłam wracać, ale w połowie drogi spotkałam Alice, opętaną przez tego samego Ejdelona, co wcześniej opętał Sadie. Pan Belasco związał ją w drugiej przyczepie, po czym Ejdelon opuścił jego ciało. Przyszedł jakiś nie opętany mężczyzna i uwięził go w trzeciej przyczepie. - wzięła głęboki oddech. - To już wszystko. Mogę nas zaprowadzić do tego miejsca.
- Ale... Te całe Ejdelony mogą siedzieć w kimś z nas? - spytał Carter. - Nie powinniśmy się... Zabezpieczyć? (Od aut - bez skojarzeń, proszę xD)
- Przygotowałam się na to. - odparła dziewczyna i wyjęła z plecaka cztery buteleczki z przezroczystym płynem w środku. - ja również wypiję na dowód, że nie jestem opętana. Wasze zdrowie. - Dodała, po czym wlała w siebie zawartość buteleczki. Bez wąchania podążyłem za jej przykładem. To była... Zwykła woda. Już miałem to powiedzieć na głos, kiedy Amane mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Złapałem aluzję i zacząłem udawać, że się krztuszę.
- Co to? Smakuje trochę jak... Mocno gazowana Cola. - skłamałem.
- A dla mnie smakuje jak zielona herbata z dodatkiem wody gazowanej. - Japonka skrzywiła się, udając obrzydzenie.
Carter również wypił wodę. Na szczęście jest inteligentny i natychmiast załapał, o co chodzi. Wywiesił język i stwierdził, że smakuje jak pierwsza "mikstura uzdrawiająca" jego uczennicy w domu Brooklyńskim.
Alabaster z wahaniem wpatrywał się w swoją jeszcze nie opróżnioną buteleczkę. Miura zaczęła odliczać na palcach.
- Płomień! - wrzasnęła nagle i wbiła w jego brzuch miecz, który znikąd pojawił się w jej rękach. Nie... Ten miecz po prostu przeniknął przez jego ciało, a nieprzytomny syn Hekate upadł na podłogę.
- C-Co to było? - spytałem.
- Płomień, czyli materializacja duszy. - przygryzła wargę. - Nie wyrządza krzyw cielesnych, chyba, że naprawdę chce się czegoś zabić. Wyrządza krzywdę jedynie duchom i jest jedynym sposobem na zabicie stworzeń takich jak Ejdelony. Alabastrowi nic się nie stało. Za parę minut się obudzi.
- Skąd masz coś takiego?
- U was są gimnazja, tak? Każdy uczeń kończący trzecią klasę gimnazjum, lub w przypadku Japonii, szkoły średniej pierwszego stopnia, jest obserwowany przez członków organizacji "świt". Tym, w których dojrzeją potencjał wstrzykują środek zwany Lucyferem. Jedna trzecim osób, którym zostanie zaaplikowany, udaje się przywołać płomień w postaci broni białej. Zostają oni wtedy przyjęci do specjalnego liceum w Japonii, które tak naprawdę jest ośrodkiem badawczym na potrzebę"świtu". Ale zdarzają się też ludzie, w których promienie kształcą się naturalnie. Ja należę do tych osób. Jak miałam czternaście lat, członek "świtu" przyłapał mnie na jego używaniu i zamknął na rok w najbliższym ośrodku badawczym. Ale w dniu moich piętnastych urodzin postanowiłam zrobić sobie prezent i stamtąd uciec. Dlatego dopiero teraz dotarłam do Ameryki. (Od aut - lol, nigdy nie pomyślałam, że kiedyś nawiąże do Absolute Duo)
- Dotarłaś do... Czego? - spytał sennie Alabaster. Miura, z niewiadomych przyczyn zaczerwieniła się jak święta krowa Apollina.
- N-nieważne. - mruknęła skrępowana. - Zasnąłeś, bo był w tobie Ejdelon.
- Nie o to pytałem... - syn Hekate podrapał się po karku.
- O to. - ucięła Japonka. - A wracając do tematu rozmowy, to drugi Ejdelon prawdopodobnie siedzi w ciele pana Belasco.
- Ale przecież pan Belasco był tym całym zmiennokształtnym. - przypomniałem. - Zabiliśmy go.
- Prawdziwy pan Belasco, podobnie jak Alice i Sadie został opętany przez Ejdelona i zastąpiony zmiennokształtnym, ale prawdziwy on nadal jest gdzieś tam, opętany przez drugiego ducha.
- Dlatego właśnie, musimy się tam udać. - powiedział Carter. - uratować Alice, Sadie i przy okazji pana Belasco. Dasz radę nas tam zaprowadzić?
- Myślę, że tak. Droga jest dosyć prosta, ale z drugiej strony, w nocy wszystko wyglądało inaczej.
- Nie traćmy czasu. - warknąłem i zerwałem się z ziemi. - Prowadź.
- Komuś bardzo zależy na mojej siostrze. - stwierdził Alabaster, sugestywnie poruszając brwiami. Zmieszany odwróciłem wzrok i pokazałem Japonce gestem, żeby prowadziła. Ta wstała i szybkim marszem, ruszyła ledwie widoczną, wydeptaną przez dziewczyny i pana Belasco ścieżką.
******
Na palcach przeszedłem nad wężem wylegującym się na środku ścieżki i wpadłem na plecy Miury. Udało mi się złapać równowagę i wyjrzałem zza jej ramienia. Ujrzałem małe obozowisko, ustawione przed jakąś świątynią. Był to jeden namiot, kilka maszyn oraz dwie przyczepy. Trzy korytarze, prowadzone do wnętrza świątyni, odgrodzone były taśmą, a przed nimi widniał znak w kilku językach, ostrzegający, że budowla grozi zawaleniem.
- Nie jestem pewna, która z dziewczyn jest gdzie zamknięta, ale na pewno nie w namiocie. - poinformowała Miura. - tam zapewne jest ktoś z "obsługi", zapewne opętany pan Belasco. Myślę, że tam powinniśmy się udać w pierwszej kolejności, żeby nie przeszkadzał nam w ratowaniu Jeffy i Kane-san.
- Nie. - zaprzeczyliśmy ja, Alabaster i Carter jednocześnie. - Najpierw one.
- Dobrze. - Japonka uśmiechnęła się lekko. - Skoro tak chcecie.
Zgodnie ruszyliśmy ku jednej z przyczep. Rozglądaliśmy się za napastnikami, podczas gdy Amane zaglądała przez okno.
- Jest tam Sadie. Sama.
- Wchodzimy. - zarządzał Carter i szarpnął klamkę. Drzwi ani drgnęły. - Pomóżcie mi!
Ja, on oraz Alabaster natarliśmy na drzwi. Amane przewróciła oczami
-Dajcie mi spróbować. - zarządzała i pokazała nam gestem, abyśmy się przesunęli. Kiedy byliśmy w bezpiecznym miejscu, kopnęła z półobrotu drzwi, rozwalając zamek. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.
Carter minął Alabastera, który z rozdziawioną buzią gapił się na Japonkę. Mag podszedł do nieprzytomnej Sadie, była przywiązana do krzesła.
- Mam jej sprzęt. - poinformowała Miura, podnosząc laskę oraz torbę należącą do Oka Izydy.
- Trzeba ją ocucić. - mruknął Carter i wziął od czarnowłosej torbę, wyjmując z niej jakiś eliksir. - A poten idziemy po Alice.
Skinąłem głową. Córka Trywii zapewne jest w drugiej przyczepie i czeka, aż ktoś jej pomoże. Nie wiadomo, co się teraz z nią dzieje.
Alice...
- Nie jestem pewna, która z dziewczyn jest gdzie zamknięta, ale na pewno nie w namiocie. - poinformowała Miura. - tam zapewne jest ktoś z "obsługi", zapewne opętany pan Belasco. Myślę, że tam powinniśmy się udać w pierwszej kolejności, żeby nie przeszkadzał nam w ratowaniu Jeffy i Kane-san.
- Nie. - zaprzeczyliśmy ja, Alabaster i Carter jednocześnie. - Najpierw one.
- Dobrze. - Japonka uśmiechnęła się lekko. - Skoro tak chcecie.
Zgodnie ruszyliśmy ku jednej z przyczep. Rozglądaliśmy się za napastnikami, podczas gdy Amane zaglądała przez okno.
- Jest tam Sadie. Sama.
- Wchodzimy. - zarządzał Carter i szarpnął klamkę. Drzwi ani drgnęły. - Pomóżcie mi!
Ja, on oraz Alabaster natarliśmy na drzwi. Amane przewróciła oczami
-Dajcie mi spróbować. - zarządzała i pokazała nam gestem, abyśmy się przesunęli. Kiedy byliśmy w bezpiecznym miejscu, kopnęła z półobrotu drzwi, rozwalając zamek. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.
Carter minął Alabastera, który z rozdziawioną buzią gapił się na Japonkę. Mag podszedł do nieprzytomnej Sadie, była przywiązana do krzesła.
- Mam jej sprzęt. - poinformowała Miura, podnosząc laskę oraz torbę należącą do Oka Izydy.
- Trzeba ją ocucić. - mruknął Carter i wziął od czarnowłosej torbę, wyjmując z niej jakiś eliksir. - A poten idziemy po Alice.
Skinąłem głową. Córka Trywii zapewne jest w drugiej przyczepie i czeka, aż ktoś jej pomoże. Nie wiadomo, co się teraz z nią dzieje.
Alice...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz