Rozdział XV
Amane
Wpatrywałam się w krajobraz, rozmazany za pokrytym kroplami dżdżu oknem. W moich uszach brzmiała piosenka Lapis Lazuri od mojej ulubionej, japońskiej piosenkarki Eir Aoi.
Sierp księżyca tańczy na nocnym niebie
Przecina chmury na gwieździstych niebiosach
To dopiero początek tej podróży
Twoje modlitwy dryfują teraz w głębinę
Ach, niech skończy się ten sen.
Zerknęłam na siedzącego obok mnie Torringtona. Najwyraźniej nie wiedział, co ze sobą zrobić, bo gapił się na swoje buty, bębniąc palcami po swoim udzie. Przez chwilę spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, ale po chwili zrozumiałam - kosmyk moich włosów stał się śnieżnobiały. Szybko ukryłam go pod kapturem.
- To przez moją matkę. W nocy moje włosy robią się platynowe. - wyszeptałam mu do ucha. - do zachodu słońca będą już całkiem białe.
Jeffy chyba coś usłyszała, bo zwróciła się w naszą stronę. Z jej perspektywy, mogło to wyglądać nieco... Dwuznacznie. Usiadłam na swoim miejscu i wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, podając ją synowi Hekate. Mam same japońskie piosenki, ale przynajmniej nie będzie się tak nudził.
Claymore rozmawiał z naszym kierowcą, który chętnie odpowiadał na prawie wszystkie pytania. Jedynym wyjątkiem było pytanie "odkąd pan się tym zajmuje?". Pan Belasco odpowiadał "Długo i krótko". Na pozostałe pytania odpowiadał normalnie.
Nagle, kiedy skończyła się piosenka Aurora, Pan Belasco gwałtownie zatrzymał samochód. Zajrzałam przez szybę i zorientowałam się, że jesteśmy na skraju dżungli.
- Dobra, dzieciaki. Macie kanapki. - zwrócił się do nas kierowca. Skrzywiłam się. Jeśli rzeczywiście jest zwykłym śmiertelnikiem, dwukrotnie przerastam go doświadczeniem życiowym. W wieku siedmiu lat byłam zmuszona nauczyć się gotować, walczyć, dorabiać w Maid Latte**, przed klientami podając się za córkę założycielki. Kiedy miałam dziesięć lat, mój tata zginął w wypadku samochodowym, a gdy miałam dwanaście, opuściłam rodzinny kraj. Transportu innego niż ukradziony rower używałam tylko wtedy, kiedy musiałam przenieść się do innego kraju.
Moje rozmyślania przerwały woda mineralna i pokaźnych rozmiarów kanapka lądujące na moich kolanach. Ja jednak sięgnęłam do mojego plecaka i zaczęłam zajadać zapakowane na wynos ramen, które przygotowałam jeszcze w motelu korzystając z ogólnodostępnej kuchni. Zupa była w termosie, ale mniejsza z tym.
Gdy wszyscy już zjedli, Torrington oddał mi słuchawkę.
- Chodzenie po dżungli w nocy to nie dobry pomysł dla wyprawy zorganizowanej na ostatnią chwilę. Prześpimy się tutaj i ruszymy pieszo z samego rana. Już ustaliłem to z waszym opiekunem.
Wszyscy przytaknęli.
Di Angelo oparł policzek o zimną szybę i prawie natychmiast zasnął. Musiał być wyczerpany, skoro cały czas troszczył się o Jeffy. Córka Trywii też walczyła z sennością, ale po paru minutach odpłynęła. Rodzeństwo Kane tez już spało. Dla ich wszystkich możliwość snu była naprawdę ważna, bo w przeciwieństwie do mnie i do Torringtona, nie byli przyzwyczajeni do nieustannej podróży.
Spokojne rytmy Overfly sklejały moje powieki. Syn Hekate się poddał i także odpłynął w objęcia Morfeusza. Claymore też zasnął.
Tuż przed tym, jak zamknęłam oczy, Sadie nagle wstała. Oglądałam ją spod przymrużonych powiek. Z niedowierzaniem patrzyłam, jak razem z naszym kierowcą wychodzi z samochodu.
Przez chwilę zobaczyłam ich złote oczy.
Wszystko stało się jasne. Nałożyłam kaptur, bezszelestnie wymknęłam się z auta i ruszyłam za nimi.
******
Nico
Obudziłem się z policzkiem przyklejonym do szyby. Na ramieniu czułem czyiś ciężar, a oddech tej osoby muskał moją szyję. To była Alice. Rude włosy w kompletnym nieładzie zasłaniały jej twarz. Wargi były lekko rozchylone.
Rozejrzałem się, czy nikt nie patrzy. Amane w ogóle nie widziałem, pewnie położyła się na kolanach Alabastera. Zacząłem gładzić policzek córki Trywii. Uśmiechnęła się lekko i zaczęła powoli otwierać swoje szmaragdowe oczy. Szybko cofnąłem rękę, ale ona złapała moją dłoń.
Jej oczy zdawały się być bardziej zielone niż zwykle. Nie. To nie były jej oczy. Czaił się w nich niepochamowany głód i okrucieństwo. Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
I nagle wszystko wróciło do normy. Córka Trywi puściła moją dłoń i na szybko ułożyła włosy. Reszta zaczęła się budzić. Nigdzie nie zobaczyłem dwóch osób: Amane i Pana Belasco.
- Gdzie Miura? - spytałem. Alabaster rozejrzał się podniósł coś z siedzenia obok.
- "Nie szukajcie mnie. Niedługo do was dołączę". - przeczytał treść karteczki.
Alice i Sadie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Czy one...? Nie, na pewno nie. Walnąłem się w czoło, próbując wybić to sobie z głowy.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Ukazał się w nich nasz kierowca.
- Dzieńdoberek! - podał nam kanapki podobne do tych, które zjedliśmy wieczorem. - Jak ktoś ma potrzebę, to niech idzie teraz. Niedaleko jest WC dla turystów takich jak wy. Jak wszyscy załatwią co trzeba, wyruszamy. Idzie ktoś?
Zgłosiłem się.
Chyba nie muszę opisywać, jak się wypróżniałem, prawda? To dobrze, bo i tak bym tego nie zrobił. Kontynuując, wszyscy załatwiliśmy co trzeba, zjedliśmy "śniadanie" i ruszyliśmy w gąszcz.
Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym kurduplem, jeszcze zanim chciałem zostać piratem, marzyłem o byciu odkrywcą. Bawiłem się, że chodzę po dżungli i walczę z dzikimi zwierzętami i ludożercami. Typowe chłopięce zabawy. Teraz jednak... Bałem się. Tak, Nico Di Angelo się bał. Węży, drapieżników i insektów nie można zabić za pomocą miecza z niebiańskiego spiżu, cesarskiego złota czy stygijskiego żelaza. Nie obrócą się w złoty pył, gdy tylko je zranię. Teraz, gdy byłem czternastolatkiem (a przynajmniej nim się czułem) to, co było źródłem zabaw dla sześciolatka, nagle zrobiło się straszne.
O dziwo, mimo odgłosów dżungli i panującego półmroku, nic nas nie zaatakowało. Pan Belasco powiedział, że za godzinę będziemy. Zacząłem się rozluźniać. Niedługo będę miał to wszystko za sobą.
- Potwory! - krzyknął nagle Alabaster. Wyciągnąłem miecz i błyskawicznie odparłem atak Migale. Alabaster "schował" Claymore'a do swojej kieszeni i przywołał miecz, a Carter siekał Demony swoim chepeszem. Jednak nasz przewodnik oraz dziewczyny stali nieruchomo, śmiejąc się pod nosem.
- Co do!? - zacząłem, ale Alice zasłoniła mi usta dłonią. Drugą ręką bez problemu wyrwała mi miecz. Zanim zdążyłem przetrawić, co się przed chwilą stało, wbiła zęby w moje ramię.
Syknąłem z bólu. Zacząłem osuwać się na siebie, ale ona mnie przytrzymała. Jej zęby przypominały raczej kły. Przed oczami pojawiły mi się mroczki. Nie mogłem się poruszyć.
To mój koniec? Czy ja umrę... Z rąk dziewczyny, którą kocham? Nie. To pomyłka. Nie może być...
- Life is Brutal and full of zasadzkas. - wysyczał z uśmiechem pan Belasco.
- And sometimes kopas w dupas. - dodała Sadie, wbijając szpony w ramię Cartera.
Myliłem się. To rzeczywiście koniec. Upadłem na kolana. Kręciło mi się w głowie. Miałem wrażenie, że zaraz zwrócę śniadanie.
- But są chwile, for których warto life. - dokończyła Amane, wbijając sztylet w kark Alice i zamieniając ją w pył.
Założyłam sobie konto xD
OdpowiedzUsuńRozdział świetny, czekam na kolejny, teostatnie zdania mnie rozwaliły xD
O kufa, Marta tu jest! xD
Usuń