Rozdział X
Z trzeciej osoby
Obudziła się zlana potem, nadal słysząc krzyk swojego taty. Duże, zielone oczka rozejrzały się po pokoju. Była jeszcze noc, lub bardzo wcześnie rano. Krzyk ucichł. Panowała martwa cisza. Dziewczynka była przerażona tym spokojem.
- Uspokój się, Alicjo. - Upomniała samą siebie, próbując naśladować ton nauczycielki w szkole. - To był tylko zły sen, a sprawdzając, czy wszystko dobrze, tylko obudzisz tatusia! - Gdy to powiedziała, jej rude włoski z powrotem opadły na poduszkę, a ona opatuliła się swoją kołderką w gwiazdki. Żeby zasnąć, zaczęła liczyć złote baranki, o których tata jej czytał w książeczkach o bogach greckich. Jak one się nazywały? Termity? Nie, mity. Na dobranoc, tata zawsze czytał jej mity.
- Jeden złoty baranek, drugi złoty baranek...
***
Otworzyła zaspane oczka. Przez okno słychać było odgłosy z ulicy.
- Dziś wooolne? - Spytała samą siebie, ziewając przy tym. Spojrzała na zegarek obok swojego łózka.
Tata ją nauczył czytać godziny, więc ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już 10:38. Tata nigdy nie pozwala jej tak długo spać nawet w weekendy.
- Dlaczego tu jest tak cicho? Tatusiu! Co się dzieje?
Zajrzała do jego sypialni, kuchni, salonu, a nawet do łazienki. Nigdzie nie znalazła Michaela Jeffy. Zaniepokojona, poszła w stronę jego gabinetu.
- Tato!
Był tam. Już częściowo zaschnięta kałuża krwi zajmowała większość małego pokoju. Z przerażeniem spojrzała na ciało swojego ojca. Twarz miał czerwoną od krwi, a w jego klatce piersiowej tkwił sztylet z tajemniczego metalu. To była za dużo dla siedmioletniej dziewczynki. Słone łzy zaczęły się mieszać z czerwoną substancją.
- Tato! Obudź się! Proszę! Tato...
***
- A co to za dziewczynka? - Blondwłosa pani w wieku około trzydziestu lat, przyglądała się rudowłosej dziesięciolatce czytającej jakąś książeczkę.
- To Alice Jeffy. Trafiła do naszego sierocińca trzy lata temu, kiedy zamordowano jej ojca.
- Słyszałam. Smutna historia. Tego samego dnia odnaleźliśmy ciało naszej Kate... Są do siebie tak podobne... - Otarła łzy wzbierające się w jej oczach. - Co na czyta?
- Mitologię. Alice ma ADHD i dysleksję, ale uwielbia ją czytać. Sądzimy, że tata czytał jej mity w wersji dla dzieci na dobranoc. To małe dziecko. Została wychowana w rodzinie Ateistycznej, więc pewnie najłatwiej uwierzyć jej w tych bogów, o których czyta jej tata. To trochę... Problematyczne.
- Mi to nie przeszkadza. - Pani Grant przypomniała sobie swojego byłego chłopaka, który pochodził z Grecji i roztaczał wokół siebie taką... Niesamowitą aurę. Zaszła z nim w ciążę i tak urodziła się mała Kate. Niestety, opuścił ją bez słowa zaraz po jej narodzinach. Teraz wyszła za Howarda, który był naprawdę wspaniałym człowiekiem i traktował Kate jak własną córkę. A potem jej ciało odnalezione przed domem...
- Myślę, ze moglibyśmy ją przygarnąć. - Stwierdził czarnowłosy mężczyzna z piwnymi oczami. - Ale najpierw z nią porozmawiajmy.
Dziesięciolatka odgarnęła swoje włosy koloru płomieni i wbiła swoje intensywnie zielone oczy w nadchodzące małżeństwo.
- Wszystko słyszałam. - Oświadczyła. - Przepraszam, ale nie chcę zostać adoptowana przez obcą rodzinę...
- Witaj, jestem Isabelle Grant. - Kobieta przyklękła, aby jej brązowe oczy znajdowały się naprzeciwko oczu dziewczynki. Uśmiechnęła się sympatycznie. - To jest mój mąż Howard. Wiesz, zanim go poznałam miałam córeczkę, która wyglądała zupełnie jak ty. Nazywała się Kate. Niestety, jej tata nas opuścił, a potem ona zginęła. Rozumiem, co czujesz. Chciałabyś zamieszkać u nas?
- Ja... - Dziewczynce zrobiło się nieco żal tych ludzi. Ta pani straciła chłopaka, tak jak jej tatuś mamusię, ta Pani straciła córkę, jak ona tatusia. Na wspomnienia ojca, jej oczy stały się wilgotne. Szybko je otarła. - Obawiam się, że wasza córeczka była jedyna w swoim rodzaju nie załata rany, która powstała po jej śmierci. - Stwierdziła, jakby była filozofem.
- Proszę, zgódź się. Nie weźmiemy cię, jeśli tego nie chcesz, ale naprawdę nam zależy.
- A... Nie będziecie na mnie źli, jak będę zła i krzyknę na przykład: "Na gacie Hadesa!"?
- Nie! - Odparł Howard, nieco rozbawiony pytaniem dziecka. Kąciki młodej Alice lekko uniosły się ku górze.
- Może się zastanowię.
******
Alice
Otworzyłam oczy i próbowałam wstać, ale nie mogłam. Byłam sparaliżowana. Czułam nacisk na klatce piersiowej, jakby ktoś na niej siedział. Z trudem łapałam powietrze. Jakby tego było mało, ch*lernie bolały mnie plecy. Nade mną stała upiorna, czarna postać. Musiałam zareagować. Próbowałam uciec. Nie mogłam się nawet poruszyć. Nie mogłam też krzyczeć. Nie mogłam wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku.
- Obudziła się już! - Usłyszałam znajomy głos. - Alice!? Dlaczego się nie ruszasz?!
- Co się stało? - Do pokoju weszły dwie inne osoby, ale nie mogłam się ruszać, więc nie widziałam kto to. Nie mogłam ich poznać po głosie, jakby coś blokowało mój mózg. - Spokojnie, Nico. To tylko tak zwana mara nocna, paraliż senny. Spokojnie, Alice. Uspokój się i za parę godzin ci przejdzie.
Przestraszyłam się. Parę godzin? Ile byłam nieprzytomna? Przeze mnie stracimy cenny czas. Uspokoiłam oddech, zamknęłam oczy i wsłuchałam się w monolog syna Hadesa. Opowiadał coś o Biance.
-... Spróbuj się teraz poruszyć. - Zaproponował po paru godzinach Nico. Z zadowoleniem stwierdziłam, że nie czuję już nacisku na klatkę piersiową.
Otworzyłam oczy. Nie widziałam nad sobą tej sylwetki z cienia. Poruszałam po kolei wszystkimi palcami. Gdy stwierdziłam, że mogę się ruszać, wsparłam się rękami i skołowana usiadłam na krawędzi łóżka. Chwilę później, trwałam w objęciach syna Hadesa.
- Martwiłem się, wiewiórko. - Szepnął.
- Co się sta... Chwila, dlaczego wiewiórko?
- Nie wiem. Może dlatego, że jesteś ruda jak wiewiórka. - Uśmiechnął się, cały czerwony. - Sorry...
- Może być, truposzu. - Odparłam. - Au! - Zupełnie zapomniałam o bólu w plecach, który teraz powrócił ze zdwojoną siłą. Ostrożnie położyłam się z powrotem, tym razem na brzuchu, a Nico przyniósł mi szklankę nektaru.
- Nie przesadź. - Ostrzegł,a ja mimo ostrzeżeń wypiłam wszystko jednym haustem. Ból nieco zelżał, ale zaczęła mnie boleć głowa i para wydobywała się z moich uszu. Mimo, że grozili mi samozapłon, nie mogłam powstrzymać śmiechu na widok wydobywających się ze mnie obłoczków. Przeszkodził mi jednak ostry ból w plecach.
- Co mi się stało? - Spytałam.
- Usłyszeliśmy twój krzyk. Rozbiegliśmy się aby cię szukać i Sadie znalazła cię w kuchni. Była przy tobie jakaś potworzyca. Nazwała się Migale. Ukuła cię swoim żądłem i dlatego masz ranę na plecach. Umierałaś. Uratowaliśmy cię tuż przed przybyciem Tanatosa.
- Ja... Umierałam? - Wyobraziłam sobie, że gdyby nie reakcja Nico, Cartera i Sadie, stałabym teraz w sali sądu i czekała na wyrok, gdzie trafię po śmierci. Albo na to, aż Charon będzie łaskawy przeprowadzić mnie przez Styks.
- T... Tak...
- Kiedy to się wygoi?
- Nie wiem. To było coś podobnego do niebiańskiego spiżu czy cesarskiego złota. Będzie z ciebie wysysać życie dopóki... Dopóki nie zwalczysz tego sama. Musisz znaleźć swój cel w życiu, czuć się szczęśliwa i spełniona. Musisz mieć pretekst, żeby przeżyć.
- Ja... Nie czuję się aż tak źle. - Stwierdziłam zgodnie z prawdą.
- Może... Jason został przebity na wylot. Jego rana była jeszcze gorsza od twojej. - Odetchnął, lekko uspokojony.
- Alice? Wstałaś? - Do pokoju weszła Sadie. - Em... Nie chciałbym przerywać wam randki, ale zdajesz sobie sprawę, że jesteś w samym staniku?
- Jakim cudem?! - Pisnęłam cała czerwona i sięgnęłam po moją bluzkę. Z lekkim strachem stwierdziłam, że na jej plecach jest dziura i jest cała we krwi. Skrępowana zakryłam się kołdrą. Na szczęście, moja rana na plecach była opatrzona i nie zabrudziłam pościel krwią.
- Przecież jakoś musieliśmy cię opatrzyć, no nie? - Blondynka rzuciła mi obozową koszulkę, a ja jednym ruchem wciągnęłam ją na siebie. Poleż jeszcze trochę. Za godzinę ruszamy.
- A która jest? - Spytałam.
- Czekaj... Nico spojrzał na zegarek. Szesnasta czasu lokalnego.
- Co!? Ruszamy natychmiast! - Zerwałam się z łóżka, ale przeszył mnie ostry ból. Poczułam popierające mnie ramię Nica.
- Nie ma mowy, wiewiórko. - Mruknął i posadził mnie spowrotem.
Wstałam ponownie, powstrzymując się od syku bólu. Czułam się winna naszemu opóźnieniu. Nie mogłam odpoczywać ani minuty. Zatoczyłam się, ale silne ręce złapały mnie w talii, ratując przed upadkiem.
- Proszę, Alice. Martwimy się. - Zostałam spowrotem położona na łóżku. Syn Hadesa patrzył na mnie z góry. W jego oczach widać było upór, ale też troskę i coś jeszcze, ale nie umiałam tego rozpoznać. Lubiłam patrzeć w te ciemne oczy. Pokazywały, że ich właściciel przeżył wiele i nadal jest wspaniałym człowiekiem. - Alice? Co się stało?
Zorientowałam się, że gapię się na niego z rozmarzonym uśmiechem. Potem, że się nade mną pochyla. Żeby ukryć rumieńce, schowałam twarz w poduszkę.
- Odposznę... - Powiedziałam przez poduszkę. - Ale tylko piętnaszcie mint...
- Nie ma mowy. Czterdzieści pięć.
- Dwadzieścia pięć minut. - Powiedziałam, spowrotem odwracając się s jego stronę.
- Pół godziny i koniec kropka. - Przytrzymał mnie za ramiona i popatrzył na mnie stanowczo.
- Dobra... - Mruknęłam i położyłam się na brzuchu, a jego ręce ześlizgnęły się z moich ramion, przez co stracił równowagę i wylądował na mnie. Ja zaczęłam się wydzierać, Sadie śmiać, a Carter zaniepokojony wszedł do pomieszczenia.
- Nico... - Zmierzył krytycznym wzrokiem syna Hadesa. - Obawiam się,że nie jesteś bandażem. Może zajmiemy się czymś pożytecznym i porozmawiamy o celu naszej podróży?
- Afrodyta mówiła coś o posągu Chrystusa. - Stwierdziłam, kiedy Nico łaskawie ze mnie zszedł.
- Najsłynniejszy jest w Rio De Janeiro. - Stwierdziła Sadie. Załatwiłeś mapę, Carter?
- Tak. Dowiedziałem się też, że jesteśmy w mieście nazywanym Vitória. Podróż do Rio zajmie nam około... Mówię teraz tak na oko, co najmniej cztery godziny.
- Pół godziny już minęło! - Skłamałam. - Ruszamy NATYCHMIAST!
- Nie. - Odparła Sadie. - Ja i pan Wikipedia pójdziemy poszukać transportu, a ty tu odpoczniesz. Nico będzie cię pilnować.
- Tia... - Mruknęłam, gdy rodzeństwo zamknęło za sobą drzwi.
- Coś ci się śniło? - Zagadał syn Hadesa.
- Miałam dwa. Pierwszy był o... Śmierci taty. Drugi był o tym, jak adoptowała mnie rodzina Grant. To wspaniali ludzie. - Westchnęłam. - Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że opuściłam ich bez słowa.
- Nie wiedziałaś, że to tak się skończy. Obiecuję, że gdy tylko będzie okazja, będziesz mogla skorzystać z telefonu. - Powiedział z uśmiechem. - Może i sygnał przyciąga potwory, ale będę cię osłaniał.
- Dziękuję. - Zarumieniłam się. - Wiesz, ja bardzo, bardzo, bardzo cię lubię. - Wystrzeliłam jak z karabinu. - N-Nie słyszałeś tego!!!
- Co? - Syn Hadesa popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a ja miałam ochotę wskoczyć do rzeki Lete o zapomnieć o tym, jaki jest wspaniały.
- Słyszałeś... - Burknęłam i zakryłam się kołdrą tak, abym miała tylko jedną, małą dziurkę na świeże powietrze. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy bawiłam się w chowanego z tatą.
- Wiesz, ja też cię nawet lubię. - Powiedział, przywołując na mojej twarzy uśmiech ulgi.
- Zabiję cię, Di Angelo.
- Obudziła się już! - Usłyszałam znajomy głos. - Alice!? Dlaczego się nie ruszasz?!
- Co się stało? - Do pokoju weszły dwie inne osoby, ale nie mogłam się ruszać, więc nie widziałam kto to. Nie mogłam ich poznać po głosie, jakby coś blokowało mój mózg. - Spokojnie, Nico. To tylko tak zwana mara nocna, paraliż senny. Spokojnie, Alice. Uspokój się i za parę godzin ci przejdzie.
Przestraszyłam się. Parę godzin? Ile byłam nieprzytomna? Przeze mnie stracimy cenny czas. Uspokoiłam oddech, zamknęłam oczy i wsłuchałam się w monolog syna Hadesa. Opowiadał coś o Biance.
-... Spróbuj się teraz poruszyć. - Zaproponował po paru godzinach Nico. Z zadowoleniem stwierdziłam, że nie czuję już nacisku na klatkę piersiową.
Otworzyłam oczy. Nie widziałam nad sobą tej sylwetki z cienia. Poruszałam po kolei wszystkimi palcami. Gdy stwierdziłam, że mogę się ruszać, wsparłam się rękami i skołowana usiadłam na krawędzi łóżka. Chwilę później, trwałam w objęciach syna Hadesa.
- Martwiłem się, wiewiórko. - Szepnął.
- Co się sta... Chwila, dlaczego wiewiórko?
- Nie wiem. Może dlatego, że jesteś ruda jak wiewiórka. - Uśmiechnął się, cały czerwony. - Sorry...
- Może być, truposzu. - Odparłam. - Au! - Zupełnie zapomniałam o bólu w plecach, który teraz powrócił ze zdwojoną siłą. Ostrożnie położyłam się z powrotem, tym razem na brzuchu, a Nico przyniósł mi szklankę nektaru.
- Nie przesadź. - Ostrzegł,a ja mimo ostrzeżeń wypiłam wszystko jednym haustem. Ból nieco zelżał, ale zaczęła mnie boleć głowa i para wydobywała się z moich uszu. Mimo, że grozili mi samozapłon, nie mogłam powstrzymać śmiechu na widok wydobywających się ze mnie obłoczków. Przeszkodził mi jednak ostry ból w plecach.
- Co mi się stało? - Spytałam.
- Usłyszeliśmy twój krzyk. Rozbiegliśmy się aby cię szukać i Sadie znalazła cię w kuchni. Była przy tobie jakaś potworzyca. Nazwała się Migale. Ukuła cię swoim żądłem i dlatego masz ranę na plecach. Umierałaś. Uratowaliśmy cię tuż przed przybyciem Tanatosa.
- Ja... Umierałam? - Wyobraziłam sobie, że gdyby nie reakcja Nico, Cartera i Sadie, stałabym teraz w sali sądu i czekała na wyrok, gdzie trafię po śmierci. Albo na to, aż Charon będzie łaskawy przeprowadzić mnie przez Styks.
- T... Tak...
- Kiedy to się wygoi?
- Nie wiem. To było coś podobnego do niebiańskiego spiżu czy cesarskiego złota. Będzie z ciebie wysysać życie dopóki... Dopóki nie zwalczysz tego sama. Musisz znaleźć swój cel w życiu, czuć się szczęśliwa i spełniona. Musisz mieć pretekst, żeby przeżyć.
- Ja... Nie czuję się aż tak źle. - Stwierdziłam zgodnie z prawdą.
- Może... Jason został przebity na wylot. Jego rana była jeszcze gorsza od twojej. - Odetchnął, lekko uspokojony.
- Alice? Wstałaś? - Do pokoju weszła Sadie. - Em... Nie chciałbym przerywać wam randki, ale zdajesz sobie sprawę, że jesteś w samym staniku?
- Jakim cudem?! - Pisnęłam cała czerwona i sięgnęłam po moją bluzkę. Z lekkim strachem stwierdziłam, że na jej plecach jest dziura i jest cała we krwi. Skrępowana zakryłam się kołdrą. Na szczęście, moja rana na plecach była opatrzona i nie zabrudziłam pościel krwią.
- Przecież jakoś musieliśmy cię opatrzyć, no nie? - Blondynka rzuciła mi obozową koszulkę, a ja jednym ruchem wciągnęłam ją na siebie. Poleż jeszcze trochę. Za godzinę ruszamy.
- A która jest? - Spytałam.
- Czekaj... Nico spojrzał na zegarek. Szesnasta czasu lokalnego.
- Co!? Ruszamy natychmiast! - Zerwałam się z łóżka, ale przeszył mnie ostry ból. Poczułam popierające mnie ramię Nica.
- Nie ma mowy, wiewiórko. - Mruknął i posadził mnie spowrotem.
Wstałam ponownie, powstrzymując się od syku bólu. Czułam się winna naszemu opóźnieniu. Nie mogłam odpoczywać ani minuty. Zatoczyłam się, ale silne ręce złapały mnie w talii, ratując przed upadkiem.
- Proszę, Alice. Martwimy się. - Zostałam spowrotem położona na łóżku. Syn Hadesa patrzył na mnie z góry. W jego oczach widać było upór, ale też troskę i coś jeszcze, ale nie umiałam tego rozpoznać. Lubiłam patrzeć w te ciemne oczy. Pokazywały, że ich właściciel przeżył wiele i nadal jest wspaniałym człowiekiem. - Alice? Co się stało?
Zorientowałam się, że gapię się na niego z rozmarzonym uśmiechem. Potem, że się nade mną pochyla. Żeby ukryć rumieńce, schowałam twarz w poduszkę.
- Odposznę... - Powiedziałam przez poduszkę. - Ale tylko piętnaszcie mint...
- Nie ma mowy. Czterdzieści pięć.
- Dwadzieścia pięć minut. - Powiedziałam, spowrotem odwracając się s jego stronę.
- Pół godziny i koniec kropka. - Przytrzymał mnie za ramiona i popatrzył na mnie stanowczo.
- Dobra... - Mruknęłam i położyłam się na brzuchu, a jego ręce ześlizgnęły się z moich ramion, przez co stracił równowagę i wylądował na mnie. Ja zaczęłam się wydzierać, Sadie śmiać, a Carter zaniepokojony wszedł do pomieszczenia.
- Nico... - Zmierzył krytycznym wzrokiem syna Hadesa. - Obawiam się,że nie jesteś bandażem. Może zajmiemy się czymś pożytecznym i porozmawiamy o celu naszej podróży?
- Afrodyta mówiła coś o posągu Chrystusa. - Stwierdziłam, kiedy Nico łaskawie ze mnie zszedł.
- Najsłynniejszy jest w Rio De Janeiro. - Stwierdziła Sadie. Załatwiłeś mapę, Carter?
- Tak. Dowiedziałem się też, że jesteśmy w mieście nazywanym Vitória. Podróż do Rio zajmie nam około... Mówię teraz tak na oko, co najmniej cztery godziny.
- Pół godziny już minęło! - Skłamałam. - Ruszamy NATYCHMIAST!
- Nie. - Odparła Sadie. - Ja i pan Wikipedia pójdziemy poszukać transportu, a ty tu odpoczniesz. Nico będzie cię pilnować.
- Tia... - Mruknęłam, gdy rodzeństwo zamknęło za sobą drzwi.
- Coś ci się śniło? - Zagadał syn Hadesa.
- Miałam dwa. Pierwszy był o... Śmierci taty. Drugi był o tym, jak adoptowała mnie rodzina Grant. To wspaniali ludzie. - Westchnęłam. - Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że opuściłam ich bez słowa.
- Nie wiedziałaś, że to tak się skończy. Obiecuję, że gdy tylko będzie okazja, będziesz mogla skorzystać z telefonu. - Powiedział z uśmiechem. - Może i sygnał przyciąga potwory, ale będę cię osłaniał.
- Dziękuję. - Zarumieniłam się. - Wiesz, ja bardzo, bardzo, bardzo cię lubię. - Wystrzeliłam jak z karabinu. - N-Nie słyszałeś tego!!!
- Co? - Syn Hadesa popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a ja miałam ochotę wskoczyć do rzeki Lete o zapomnieć o tym, jaki jest wspaniały.
- Słyszałeś... - Burknęłam i zakryłam się kołdrą tak, abym miała tylko jedną, małą dziurkę na świeże powietrze. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy bawiłam się w chowanego z tatą.
- Wiesz, ja też cię nawet lubię. - Powiedział, przywołując na mojej twarzy uśmiech ulgi.
- Zabiję cię, Di Angelo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz