Rozdział IX
Alice
- Co to ma być!? - Obudził mnie krzyk Cartera. - Czy my o czymś nie wiemy!?
- Daj człowiek spać... - Usłyszałam znajomy głos obok mnie. - Bo cię odeślę do Tartaru...
Leniwie otworzyłam oczy, patrząc na młodego maga. Próbowałam się przeciągnąć, ale obejmujące mnie, silne ramiona uniemożliwiały mi to. Zorientowałam się, że są to ramiona Nica. Cała czerwona, wyrwałam się z jego objęć i usiadłam obok.
- Wyluzuj, Carter. - Powiedziała wchodząca do pokoju Sadie. - Nie przytulałeś się nigdy z Ziyą?
- To nie tak! - Burknęłam i poszłam do łazienki się ogarnąć. Zaczęłam od umycia zębów i włosów. Rozczesanie włosów było jeszcze większą mordengą niż zazwyczaj. Gdy były w jako-takim stanie, związałam je w kucyk, po czym założyłam koszulkę z nirwaną, dżinsowe, krótkie spodenki i sandały na nogi. (no bo, gdzie indziej?) Stawiałam głównie na wygodę. Jak już kiedyś mówiłam, nie lubię się stroić. Makijażu wogule sobie nie robiłam. Schowałam sukienkę od Afrodyty do plecaka i wyszłam pokazać się światu.
Kiedy ja się przebierałam, Carter poszedł do drugiej łazienki i także to zrobił. Wyszedł w dżinsach i bluzie.
- Nie Sadie, skórzana kurka i glany nie są najlepsze do czarów! - Przypomniał swojej siostrze.
- Przebiorę się w to co zechcę. A kurtki przecież nie założę w taki gorąc. - Odparła, po czym zniknęła w głębi łazienki. (Od aut: Gods, jak to brzmi ;-;) Postanowiłam zejść na dół i coś zjeść. Poszłam do stołówki, usiadłam przy przyszykowanym dla nas stoliku i posmarowałam bułkę nutellą.
- Dzień dobry, kochanieńka. - Przywitała się na oko sześćdziesięcio letnia staruszka. - Podać coś?
- Niech pani się nie męczy. - Odpowiedziałam. - Niech pani mi powie, gdzie jest mleko, to sama sobie przyniosę.
- Tam na przeciwko, są drzwi do kuchni. - Odpowiedziała z uśmiechem. - Po lewej, obok kuchenki stoi lodówka. W niej znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz.
- Dziękuję! - Uśmiechnęłam się i poszłam we wskazanym kierunku.
Otworzyłam drzwi do kuchni. Było to jasne i przestronne pomieszczenie. Otworzyłam lodówkę, chcąc sięgnąć po mleko.
- Nie ufaj nikomu, kochanieńka...
Wszechogarniający ból.
Krzyk.
Czy to ja krzyknęłam?
Nie wiem.
A może to krzyk siedmioletniej dziewczynki, widzącej ciało martwego ojca?
Nie wiem.
Zapadła ciemność.
Właśnie pakowałam plecak, kiedy usłyszeliśmy krzyk Alice.
- Szybko! - Nico zerwał się z krzesła i popędził ratować swoją ukochaną.
Jak ja długo czekałam, żeby to powiedzieć!
Chwyciłam swój zestaw maga i popędziłam za nim, a potem Carter. Zbiegliśmy do stołówki. Niedojedzona kanapka z nutellą leżała na talerzu przy naszym stole. Panowała grobowa cisza. Nie widzieliśmy nawet starszej pani, która powinna się tu kręcić żeby sprzątać, albo coś.
- Rozdzielamy się. - Rozkazał mój brat. - Nico sprawdzi piwnicę, ja hol, a Sadie kuchnię.
Bacznie się rozglądając, poszliśmy w swoich kierunkach. Gdy otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się straszny widok. Córka Hekate leżała blada, bez życia, z wielką dziurą w plecach. Nad nią pochylał się potwór, o którym jeszcze nie słyszałam. - Kobieta, która zdawała się być zrobiona z popiołu. Jej podarte, czarne szaty tliły się w niektórych miejscach. Włosy, chociaż były czarne przypominały słomę. Z jej pleców wyrastał ogon skorpiona.
- Właścicielka tego miejsca nie żyje od tygodnia. - Potwór obrócił się w moją stronę. Jej oczy przypomniały rubiny. - Mój pan rozkazał mi zniszczyć córkę Hekate. Odejdź, póki żyjesz!
- Nie ma mowy! CAAARTEEER!!! NIIICOOO! - Wydarłam się i wyjęłam moją różdżkę i laskę.
- Haha, nie uda wam się mnie pokonać. - Roześmiała się kreatura. - Jestem Migale. Jeśli nie zostanie uleczona, ta dziewczyna umrze za pięć minut. A wtedy przyniosę swemu panu jej ciało.
- Nie będzie tak! - Moja laska przemieniła się we lwa, który skoczył w jej stronę, co dało mi to piętnaście sekund na narysowanie ochronnego kręgu i postawienia figurek bogów po czterech stronach świata. Ma się to doświadczenie.
- Co się stało!? - Mój brat oraz Nico wpadli do pomieszczenia, po czym spojrzeli na potwora i nieprzytomną Alice.
- Chodźcie, szybko! - Ponagliłam ich, by weszli do kręgu. - Mamy pięć minut, albo Alice umrze!
- TYLKO NIE TO! Sadie, co to jest!?
- Nazwała siebie Migale. - Odpowiedziałam.
- To po łacinie jędza, lub diablica. - Powiedział Nico. - Pierwszy raz o czymś takim słyszę, ale trzeba to zniszczyć!
Syn Hadesa uderzył mieczem w jej brzuch, ale ostrze odbiło się od ciała Migale. Zaczął zaciekle walczyć, miecz kontra ogon skorpiona, a ja tylko obserwowałam ten pojedynek z rozdziawioną buzią. Nico strasznie przypominali mi Anubisa. Obydwoje, chociaż mogą odwiedzić bliskich po śmierci, dbają o tych, których kochają. Mają podobny wygląd i charakter...
- Sadie! - Z rozmyślań wyciągnął mnie mój brat. Skinęłam mu głową, po czym podbiegłam do Alice. Była trupioblada, a po jej podbródku spływała stróżka krwi. Szybko wygrzebałam miksturę leczniczą od Jaz i wlałam jej do ust. Kątem oka zauważyłam, że mój brat dołączył się do walki, ale tak jak w przypadku syna Hadesa, jego Chepesz nie czynił potworowi najmniejszej krzywdy.
- Carter, pamiętasz akcję z Percy'm i Ann!? - Krzyknęłam. - Zamieńcie się bronami!
Na szczęście, wysłuchał mojej rady. Po chwili, Migale nie miała ogona. Zaczęła przechodzić do rękoczynów. Jednym, zwinnym ruchem, wyrwała mojemu bratu miecz z ręki, gotowa zadać mu śmiertelny cios.
I wtedy, Nico odciął jej głowę.
- Spadaj do Tartaru! - Warknął, a w ziemi otworzyła się szczelina, która jak odkurzacz wessała jej szczątki. - Co z Alice!?
- Nie najlepiej. - Wskazałam na ranę na jej plecach. Nie dość, że była pełna krwi, to dziwnie dymiła. - Chyba to żądło było zatrute.
- Nie. - Stwierdził syn Hadesa. - Jak byliśmy na misji, nasz przyjaciel Jason został zraniony mieczem z Cesarskiego Złota. To metal do zabijania potworów, ale jest też śmiertelny dla półbogów. To żądło musiało być z podobnego materiału, może niebiańskiego spiżu. I musimy się spieszyć. Czuję, że jest na progu śmierci.
- Więc szybko ją wyleczmy!
- Wyluzuj, Carter. - Powiedziała wchodząca do pokoju Sadie. - Nie przytulałeś się nigdy z Ziyą?
- To nie tak! - Burknęłam i poszłam do łazienki się ogarnąć. Zaczęłam od umycia zębów i włosów. Rozczesanie włosów było jeszcze większą mordengą niż zazwyczaj. Gdy były w jako-takim stanie, związałam je w kucyk, po czym założyłam koszulkę z nirwaną, dżinsowe, krótkie spodenki i sandały na nogi. (no bo, gdzie indziej?) Stawiałam głównie na wygodę. Jak już kiedyś mówiłam, nie lubię się stroić. Makijażu wogule sobie nie robiłam. Schowałam sukienkę od Afrodyty do plecaka i wyszłam pokazać się światu.
Kiedy ja się przebierałam, Carter poszedł do drugiej łazienki i także to zrobił. Wyszedł w dżinsach i bluzie.
- Nie Sadie, skórzana kurka i glany nie są najlepsze do czarów! - Przypomniał swojej siostrze.
- Przebiorę się w to co zechcę. A kurtki przecież nie założę w taki gorąc. - Odparła, po czym zniknęła w głębi łazienki. (Od aut: Gods, jak to brzmi ;-;) Postanowiłam zejść na dół i coś zjeść. Poszłam do stołówki, usiadłam przy przyszykowanym dla nas stoliku i posmarowałam bułkę nutellą.
- Dzień dobry, kochanieńka. - Przywitała się na oko sześćdziesięcio letnia staruszka. - Podać coś?
- Niech pani się nie męczy. - Odpowiedziałam. - Niech pani mi powie, gdzie jest mleko, to sama sobie przyniosę.
- Tam na przeciwko, są drzwi do kuchni. - Odpowiedziała z uśmiechem. - Po lewej, obok kuchenki stoi lodówka. W niej znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz.
- Dziękuję! - Uśmiechnęłam się i poszłam we wskazanym kierunku.
Otworzyłam drzwi do kuchni. Było to jasne i przestronne pomieszczenie. Otworzyłam lodówkę, chcąc sięgnąć po mleko.
- Nie ufaj nikomu, kochanieńka...
Wszechogarniający ból.
Krzyk.
Czy to ja krzyknęłam?
Nie wiem.
A może to krzyk siedmioletniej dziewczynki, widzącej ciało martwego ojca?
Nie wiem.
Zapadła ciemność.
******
Sadie
- Szybko! - Nico zerwał się z krzesła i popędził ratować swoją ukochaną.
Jak ja długo czekałam, żeby to powiedzieć!
Chwyciłam swój zestaw maga i popędziłam za nim, a potem Carter. Zbiegliśmy do stołówki. Niedojedzona kanapka z nutellą leżała na talerzu przy naszym stole. Panowała grobowa cisza. Nie widzieliśmy nawet starszej pani, która powinna się tu kręcić żeby sprzątać, albo coś.
- Rozdzielamy się. - Rozkazał mój brat. - Nico sprawdzi piwnicę, ja hol, a Sadie kuchnię.
Bacznie się rozglądając, poszliśmy w swoich kierunkach. Gdy otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się straszny widok. Córka Hekate leżała blada, bez życia, z wielką dziurą w plecach. Nad nią pochylał się potwór, o którym jeszcze nie słyszałam. - Kobieta, która zdawała się być zrobiona z popiołu. Jej podarte, czarne szaty tliły się w niektórych miejscach. Włosy, chociaż były czarne przypominały słomę. Z jej pleców wyrastał ogon skorpiona.
- Właścicielka tego miejsca nie żyje od tygodnia. - Potwór obrócił się w moją stronę. Jej oczy przypomniały rubiny. - Mój pan rozkazał mi zniszczyć córkę Hekate. Odejdź, póki żyjesz!
- Nie ma mowy! CAAARTEEER!!! NIIICOOO! - Wydarłam się i wyjęłam moją różdżkę i laskę.
- Haha, nie uda wam się mnie pokonać. - Roześmiała się kreatura. - Jestem Migale. Jeśli nie zostanie uleczona, ta dziewczyna umrze za pięć minut. A wtedy przyniosę swemu panu jej ciało.
- Nie będzie tak! - Moja laska przemieniła się we lwa, który skoczył w jej stronę, co dało mi to piętnaście sekund na narysowanie ochronnego kręgu i postawienia figurek bogów po czterech stronach świata. Ma się to doświadczenie.
- Co się stało!? - Mój brat oraz Nico wpadli do pomieszczenia, po czym spojrzeli na potwora i nieprzytomną Alice.
- Chodźcie, szybko! - Ponagliłam ich, by weszli do kręgu. - Mamy pięć minut, albo Alice umrze!
- TYLKO NIE TO! Sadie, co to jest!?
- Nazwała siebie Migale. - Odpowiedziałam.
- To po łacinie jędza, lub diablica. - Powiedział Nico. - Pierwszy raz o czymś takim słyszę, ale trzeba to zniszczyć!
Syn Hadesa uderzył mieczem w jej brzuch, ale ostrze odbiło się od ciała Migale. Zaczął zaciekle walczyć, miecz kontra ogon skorpiona, a ja tylko obserwowałam ten pojedynek z rozdziawioną buzią. Nico strasznie przypominali mi Anubisa. Obydwoje, chociaż mogą odwiedzić bliskich po śmierci, dbają o tych, których kochają. Mają podobny wygląd i charakter...
- Sadie! - Z rozmyślań wyciągnął mnie mój brat. Skinęłam mu głową, po czym podbiegłam do Alice. Była trupioblada, a po jej podbródku spływała stróżka krwi. Szybko wygrzebałam miksturę leczniczą od Jaz i wlałam jej do ust. Kątem oka zauważyłam, że mój brat dołączył się do walki, ale tak jak w przypadku syna Hadesa, jego Chepesz nie czynił potworowi najmniejszej krzywdy.
- Carter, pamiętasz akcję z Percy'm i Ann!? - Krzyknęłam. - Zamieńcie się bronami!
Na szczęście, wysłuchał mojej rady. Po chwili, Migale nie miała ogona. Zaczęła przechodzić do rękoczynów. Jednym, zwinnym ruchem, wyrwała mojemu bratu miecz z ręki, gotowa zadać mu śmiertelny cios.
I wtedy, Nico odciął jej głowę.
- Spadaj do Tartaru! - Warknął, a w ziemi otworzyła się szczelina, która jak odkurzacz wessała jej szczątki. - Co z Alice!?
- Nie najlepiej. - Wskazałam na ranę na jej plecach. Nie dość, że była pełna krwi, to dziwnie dymiła. - Chyba to żądło było zatrute.
- Nie. - Stwierdził syn Hadesa. - Jak byliśmy na misji, nasz przyjaciel Jason został zraniony mieczem z Cesarskiego Złota. To metal do zabijania potworów, ale jest też śmiertelny dla półbogów. To żądło musiało być z podobnego materiału, może niebiańskiego spiżu. I musimy się spieszyć. Czuję, że jest na progu śmierci.
- Więc szybko ją wyleczmy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz