Na razie, ten rozdział nie jest sformatowany bo zepsuł mi się komputer i piszę na telefonie. Gdy tylko będę miała taką możliwość, poprawię go.
Miłego czytania!
Rozdział VIII
Nico
Nie jadłem lodów od śmierci Bianki, ale tym razem w błyskawicznym tempie pochłonąłem swoją czekoladową kulkę. Nadal byłem głodny. Tak. Nico Di Angelo był głodny.
- Nadal jestem głodny... - Jęknąłem i popatrzyłem tęsknie na pusty rożek. Po chwili, on także zniknął w otchłani tartaru (czytaj: W moim żołądku). Uczucie głodu natychmiast zniknęło, a po ciele rozpłynęło się przyjemne ciepło.
- Afrooo... - Ziewnęła Alice. - dyta miała raaaację... Musimy znaleźć jakiś hoootel.
I tak oto, czwórka nastolatków wyruszyła na poszukiwanie noclegu.
******
Udało nam się odnaleźć jakiś motel. Mimo zmęczenia, Alice zagięła mgłę na tyle, żeby przekonać recepcjonistkę, że jesteśmy rodzeństwem, któremu rodzice zarezerwowali pokój. Żeby zachować wiarygodność, jak i ze względów bezpieczeństwa, musieliśmy spać w jednym pokoju, podzielonym na dwie części - dla chłopaków i dla dziewczyn.
Nadal w ubraniu, walnąłem się na najbliższe łóżko i odpłynąłem w objęcia morfeusza.
******
To się rzadko zdarza półbogom, ale nic mi się nie śniło. Było to jeszcze bardziej niepokojące niż prorocze sny.
Obudził mnie dopiero czyiś głos. Odruchowo, sięgnąłem po miecz, ale natrafiłem na coś innego. Na ciepłą, znajomą dłoń. Poczułem się, jakby kopnął mnie prąd. Właścicielka dłoni zdawała się też to czuć, bo wzdrygnęła się, lecz jej nie wycofała.
- Przepraszam, Nico. - Szepnęła Alice. - Krzyczałeś przez sen, a Piper mi opowiadała, że Leo kiedyś prawie umarł we śnie. Jestem na tym punkcie trochę... Przewrażliwiona.
- Em... Ok. - Odparłem, trochę zakłopotany jej obecnością. - Ale mi się nic nie śniło...
- Zawsze coś nam się śni, ale nie zawsze to pamiętamy. - Wyjaśniła dziewczyna. - Widocznie, nie miałeś żadnego proroczego snu, tylko zwykły, jak śmiertelnicy.
- Miałem zwykły sen? - Niedowierzałem. Dotąd, moje sny ograniczały się do wizji od bogów i wspomnień z siostrą.
- Tak, zwykły sen. - Uśmiechnęła się i usiadła obok mnie. - Wiesz, korzystając z okazji... Chciałabym porozmawiać z tobą na temat twojej próby. Źle się czuję z tym, że wiem o tobie wszystko. Czuję się... Winna.
- Alice, to z Percy'm...
- Rozumiem. Miałeś może z dziesięć lat, ale to nie o to mi chodzi... Chcę opowiedzieć ci coś o sobie! - Wypaliła, a ja usiłowałem ukryć zdziwienie.
- Chcesz rozmawiać z królem upiorów? - Spytałem, a ona cicho się roześmiała.
- Jeśli Król nie ma nic przeciwko. - Odparła.
- Jak chcesz, to mów.
- Nazywam się Alice Jeffy. - Zaczęła. - Mieszkałam z tatą na Manhattanie...
Opowiedziała mi o swoim pięknym dzieciństwie. Niemal mogłem sobie wyobrazić małą, słodką dziewczynkę z burzą rudych loków, piekącą pianki z tatą. Opowiadała mi, że odkąd nauczyła się chodzić, zabierał ją na wycieczki i pod namiot.
-... Moje życie się zmieniło gdy miałam siedem lat. - Głos jej zadrżał. - Była to noc jak każda. Jak zawsze, miałam ten sam koszmar. Śniło mi się, że ktoś zabija mojego tatę sztyletem. Tej nocy, obudziłam się zlana potem a w uszach dźwięczał mi krzyk taty. - Chciałem otrzeć jej wilgotne oczy i pocieszyć, ale nie mogłem. Coś mnie blokowało. - Byłam... Byłam pewna, że nadal śpię... A gdy wstałam rano...
- Już, już... - Szepnąłem do rudowłosej. - Wiem, co później się stało. Opowiedz o czymś innym.
- Mieszkałam w rodzinie zastępczej. - Powiedziała. - Od śmierci mojego ojca minęło siedem lat. Pewnego cudownego dnia, dowiedziałam się, że jestem herosem. Poznałam nowych przyjaciół, wyruszyłam na misję i... Zakochałam się. - Dokończyła cała czerwona.
- Em... - Nie wiedziałem, jak zareagować. To nie w moim stylu, ale próbowałem cieszyć się jej szczęściem. Mimo, że to bolało. - To chyba dobrze, no nie?
- Chyba... - otarła łzy i oparła się o ścianę. Patrzyłem na jej mokre policzki, kiedy przypomniały mi się słowa wypowiedziane kiedyś przez Biankę.
- Łzy nie oznaczają, że ktoś jest słaby. - Szepnąłem do niej. - Tylko, że było się silnym za długo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz